Pukapuka

Geo Rękodzieo


Dodaj komentarz

Nad Pucyfikiem

Tak to zeszło, że znad Pacyfiku prosto nad Pucyfik fruniem. To oczywiście blaga, bo jeszcze chwilowo dusimy się w mieście (CHWILOWO) a nad Pucyfik tylko posłańców ślemy.

Pucyfik

Zatem sprawa wygląda następująco. Zdolna owa dziewczyna o imieniu Dorota upodobała sobie mój pradawny wytwór (o którym było TU) i zapragnęła takiego samego, z treścią ino zmienioną. Dogadałyśmy się (przynajmniej tak mi się wydawało) i w długi majówkowy weekend dziergałam zawzięcie dorcine zamówienie. Kolory te same (tak miało być), technika trochę inna, chciałam spróbować czegoś nowego. Kończę, foto Dorocie ślę i oto… W dyplomatycznych słowach słyszę wyrazy szacunku i uznania za ogrom pracy, ale, pokrótce, NA BOGA, NIE O TO CHODZIŁO!!! Gdyż mianowicie, rzecze Dorota, gdyby chciała takie wymuskane cudo, to by sobie w sklepie kupiła i fru. Ale że docenia i że niech tak będzie.

Tak nie będzie, moja pani, akceptuję tylko bezwarunkowe okrzyki zachwytu. Zrobiłam drugą. Okrzyki wybrzmiały.

chałupy welcome to

Pora zacząć odsłaniać, o co w ogóle chodzi. Zacznijmy od Doroty. Jej fotograficzne dzieła można podziwiać na przykład TU lub TU (ja podziwiam codziennie). Za chwilę kilka z nich zaprezentuję, gdyż ona to właśnie jest autorką ilustracji do dzisiejszego wpisu.

Dorota ukochała Pucyfik, podobnie jak ja, tylko że od nieco innej strony. Ja od strony Pucka (nieświadomych uświadamiam: Pucyfikiem jest Zatoka Pucka we własnej osobie), ona od strony Chałup. A konkretniej od strony Chałup 6.

A teraz patrzcie ludzie i uzasadniajcie konieczność jechania na wakacje/weekend/relaks/oddech na Malediwy…

Chałupy

Zanim tym pięknym akcentem zakończę dzisiejszy wpis opowiem o skojarzeniu, jakie mnie naszło w związku z poduszką.

Odwiedziliśmy ostatnio znajomą w jej uroczym mieszkaniu w warszawskiej kamienicy. Szczęka opadła mi w przedpokoju i ciągnęłam ją za sobą, wędrując przez kolejne pomieszczenia. Na koniec powiedziałam jej, że uważam, iż jest to mieszkanie w charakterze warszawskiej inteligencji w najlepszym tego słowa znaczeniu. Ona zaś opowiedziała nam, jak przy remoncie robotnicy chcieli zerwać stare parkiety (inny w każdym pomieszczeniu) i prasnąć wszędzie panele (żeby było elegancko tak samo X~#$%)(????????), że marzyły jej się dechy na podłodze w kuchni, ale już budżet trzeszczał, tymczasem okazało się, że dechy już tam leżą, czekają, żeby uwolnić je spod warstw linoleum _)%$#^@!@$????????. I jeszcze o tym, że zamówiła u górala łóżko, żeby mieć takie piękne, drewniane (jak różne inne piękne drewniane meble w tym mieszkaniu), oryginalne. (Hehe, Magdzie zresztą bardzo podoba się nasze łóżko, maćkowej roboty, o TO. Oczywiście nas to łechce.) I gdy zamówienie zostało zrealizowane, pan góral bardzo dumny, Magda nie zrobiła tego, co zrobiła Dorota z moją poduszką. Magda zapłaciła, wzięła i tylko zapłakała w duchu, że gdyby chciała takie łóżko, to by nie zamawiała u górala, tylko sobie w Ikei kupiła.

Bałtyk Dorota Szulc

Morał z tej opowieści taki: bądź jak Dorota. Rzemieślnikowi mów co myślisz.

thumbnail

Wesołych wakacji!!!

Reklamy


2 Komentarze

Jak się żyje w Kalifornii?

A zatem byłam w Kalifornii. Głównie w La Jolla (czyt. „la hoja”). Mówią, że to perła południowej Kalifornii i nie będę się kłócić.

Ale po drodze z centrum San Diego do La Jolla przejeżdża się przez Pacific Beach, przez miejscowych zwane PB (czyt. „pi bi”). W PB jest Grand Avenue. A pod numerem 870 jest Needlecraft Cottage. Niebieska chatka.needlecraft cottage

Weszłam i dziewczyna, jak tylko zobaczyła potoki śliny ściekające z mej paszczy ze zrozumieniem się obśmiała, zapytała czy ja tu pierwszy raz i zaoferowała oprowadzanie.

Ochłonięcie zajęło mi około pół godziny, potem zmusiłam się do rozpoczęcia procesu podejmowania decyzji.

Padło na merynosa w kilku odsłonach. Był tam cały regał przepięknej wełny, farbowanej ręcznie w… LA JOLLA. Nazywa się Baah Yarn. Wielbiąc lokalność i rzemiosło, nie mogłam nie wziąć… Tyle, na ile budżet pozwolił. Ale już następnego dnia byłam tam z powrotem, tym razem w towarzystwie moich gospodarzy, którzy zażyczyli sobie czapeczki z lokalnie farbowanej wełny.

baah yarn

Ten kolor po prawej to Venom. Po zrobieniu czapki miałam jeszcze trochę wełny i starczyło na rękawiczki bezpalcowe. Z warkoczykami. Dla Pani.

Ten kolor po lewej to Shipwreck. Po zrobieniu czapki miałam jeszcze trochę wełny i chciałam zrobić szaliczek. Ale było za mało i taki malutki wyszedł, nawet się zawiązać nie dało. Więc wymyśliłam zapięcie na guzik. Drewniany oczywiście. Dla Pana.

komplet z wełny merynosa

Ten niebieściutki to Pacific Beach Blues. Piękny. Z tego szal, według przepisu Jess, trochę tylko przeze mnie zmienionego. A to zdjęcie zrobiłam telefonem i nie oddaje w pełni urody tej włóczki.

szal z wełny merynosa

A ten zielony to jeszcze kiedyś pokażę.

Tymczasem kilka słów o tym, jak się żyje w Kalifornii.

Foki wylegują się na plaży.

foki na plaży

Klify stoją a ocean szumi.

klify nad Pacyfikiem

Słoneczny patrol czuwa.

słoneczny patrol

Deski surfingowe wbrew pozorom zazwyczaj są w użyciu.

deski surfingowe

Kwiaty kwitną.

wiosna w Kalifornii

Ścieżki się wiją a palmy rosną.

Ludzie mieszkają (tak, tak, ludzie tam mieszkają).

Dla znudzonych oceanem są i góry. Na pustyni (bez pustyni też). Godzinę do dwóch od domu.

Można tam pojechać po wełnę, albo po prostu na spacer.

 

 


Dodaj komentarz

Gdzie ona jest?

W moim domu rodzinnym słuchaliśmy takiej płyty, zwaliśmy ją pieszczotliwie „Paszczą”.

Tłucze mi się od kilku dni po głowie jedna z piosenek, które były tam zawarte.

GDZIE ONA JEST?

GDZIE ONA JEEEST?

GDZIE ONA JEST? JEJ ZWYCIĘSTWO???

Zwycięstwo śmierć pochłonęło!

Wielkanoc

Niech będzie to źródłem wielkiej i niegasnącej radości dla Was w Wielkanoc i zawsze.

Życzy

załoga

Pukapuka

 

Alleluja!

 


Dodaj komentarz

Wiosna u bram

Niezależnie od czapek i szalików wiosna u bram. Jednakowoż w marncu jak w garncu, trzeba chronić się przed zdradliwymi przeciągami. Miły kocyk nie jest zły.

Takie wspaniałe motki w żywych kolorach namierzyłam w lokalnym… ciucholandzie. Wychodząc, rozejrzałam się jeszcze, czy mi coś w oko nie wpadnie, patrzę: karton z włóczkami. !!!

Myślę, eee, pewnie akryl, ale grzebię, wyciągam, czytam metkę: po norwesku, ale ogarnęłam. Merynos. 100%. Aaa!

Zrobiłam kocyk, cienki, delikatny, ciepły.

Ale jakiś taki niedokończony mi się wydał. Dodałam szarą ramkę.

Taki ładny, wiosenny!

 

Niech żyją ciucholandy!


Dodaj komentarz

Rzutem na taśmę

Czy ktoś jeszcze słyszał, że mają wrócić mrozy?

Takie mnie doszły słuchy i nastrój poprawiły (co u licha?). Gdyż albowiem wykonać z zaangażowaniem super ekstra zimowy mega komplet z wełny merynosa i wręczyć go w wiosennym słońcu w połowie marca to nie jest chyba niczyim marzeniem. Czy jest?

To po kolei. Miało być szaro-niebiesko, więc wzięłam szary i szaroniebieski. Normalka.

Zrobiłam czapkę.

Miał być i szalik. Nie miałam początkowo koncepcji, ale stanęło na ściegu c2c, od rogu do rogu, i wyszedł taki fajny, miękki szalik z ciekawą fakturą, że hej!

Miały być i rękawiczki. Ku mojej radości usłyszałam, że Beata też nie widzi powodu, dla którego miałyby być jednakowe.

Nie są.

Wełna merynosa

Dodatkowo dostarczyły mi twórczej satysfakcji, ponieważ zapragnęłam je nieco wyprofilować i rozpocząć je nie, jak dotychczas, na okrągło, co dawało palcom nieco niepożądanego luzu, lecz w trójkąt! I wymyśliłam to samasamasama.

Wracając do prognoz pogody: JEST nadzieja, że towar przyda się jeszcze w tym sezonie!


Dodaj komentarz

Podatniku! Wiadomość dla ciebie!

Wszystkie dzidziusie są wyjątkowe, bywają też dzidziusie wyjątkowe do kwadratu. Znam takiego Dzidziusia, który jest wyjątkowy nawet do sześcianu. Ma na imię Mikołaj. Jego Mamę znam, hm, dość długo. Z pochodzenia też jest geografem i kiedyś w Murzynowie, gdy pokazywałam slajd, na którym Maciek moczył się w pokrytym lodem stawie w górach Rumunii jedna dziewczyna z publiki wykrzyknęła: „Maciek?”. Tak to było i okazało się, że z moim jeszcze nie-mężem znają się (już wtedy) od dawna, bo z kolei ona z dawniejszego pochodzenia jest skrzypaczką, jak i Maciek skrzypkiem. Potwornie to wszystko zawiłe, a miało być o Mikołajku.

Beata Muchowska Fotografie

To właśnie Mikołajek z Mamą. Nietrudno zauważyć, że oboje wystroili się w czapki Pukapuka, ale znowu zbaczam z tematu. Czekają na wiosnę, ot co.

Nietrudno też zauważyć, że nie ja jestem autorką tego zdjęcia, jeśli zajrzycie TU, będziecie mogli podziwiać więcej pięknych portretów, pejzaży i zdjęć rodzinnych, w których Mama celuje.

Mikołajek urodził się z rzadką chorobą genetyczną, zwaną zespołem Cri du Chat. Więcej o niej możecie poczytać TU, na blogu Rodzina Mikołajka.

„Ciekawe jest to, że poziom rozwoju ruchowego i intelektualnego, wg prowadzonych badań, nie jest skorelowany z poziomem delecji, czyli wielkości ubytku materiału genetycznego. Dlatego nie wiemy i nie umiemy przewidzieć, z czym przyjdzie nam się mierzyć, jak będzie się rozwijał nasz Mikołaj, jaki jest jego potencjał. Ale jedno jest pewne – ciężka praca rehabilitacyjna i pełna akceptacja i miłość przynoszą realne efekty! I to się dla nas teraz liczy!”

Mikołajek ma wielkie szczęście, że jest otoczony troską i miłością swoich Rodziców i dwóch starszych braci. Jego choroba postawiła przed nimi nowe wyzwania, którym dzielnie stawiają czoła.

Podatniku! Jeśli jeszcze nie rozliczyłeś swojego podatku i nie zdecydowałeś, na co przeznaczyć swój 1 procent – zapraszam do wsparcia Mikołajka.

1% dla Mikołajka

A jeśli już pozamiatane – też dobrze. W każdym razie warto pomagać jak kto może. Nie wszyscy koniecznie Mikołajowi, ale każdy komuś.


8 Komentarzy

Skąd ty masz na to czas?!

Zdarza mi się słyszeć takie pytanie, gdy ktoś z bliska widzi czeluść chaosu, w której przebywam na co dzień, widząc jednocześnie, że… szydełkuję.

Otóż to nie jest czas. To jest  po prostu MIĘDZYCZAS.

W praktyce wygląda to tak, że rozsiewam robótki po kątach i znajdując się w okolicy któregoś z kątów (zawsze w końcu trafię w okolice któregoś), chwytam chyłkiem i pcham trzy rządki. I lecę dalej.

Przykłady z minionego czwartku:

  • świeżo skończona merynosowa czapka dla Kuby, jeszcze bez metki i na szydełku początek czapki dla taty, porzucone na biurku:

wełniana czapka na szydełku

  • niedawno rozpoczęty fioletowy kocyk bawełniany, wisi na klamce okna w sypialni:praca w toku
  • wełniany melanżowy otulacz na skrzynce przy lampce nocnej (chwila dziergania przed snem):

melanżowa robótka

  • jedwabny welon z jedwabną koronką na komodzie w salonie (ta robota wymaga szczególnych względów i znie znosi suchych dłoni…):

jedwabny welon

  • kolorowa czapka dla Justyny, porzucona na fotelu w salonie, do wieczornego poddziergania:

kolorowa czapka wełniana

Tak było w zeszły czwartek. Stan na dzisiaj jest taki, że:

  • czapka Justyny, czapka Kuby, czapka taty:
  • melanżowy otulacz wełniany:
  • jedwabny welon na puszkę z prostą jedwabną koronką… szydełkiem 0,5 mm uff…

jedwabny welon z koronką

Na kocyk fioletowy (i żółto-zielony i szary i inne) trzeba będzie poczekać jeszcze kilka międzyczasów.

Jeszcze dodam, że pokątne robótki to niejedyny sposób – jest jeszcze dzierganie w ruchu, dzierganie przy gotowaniu, dzierganie pod salą szkolną oraz inne rodzaje dziergania, nawet luksusowe dzierganie wyłączne z kubkiem herbaty…