Pukapuka

Geo Rękodzieo


Dodaj komentarz

Sezon grzewczy, co poradzisz…

Zaczął się on. Sezon grzewczy. Nie jest to mój ulubiony element codzienności, ale nie takie rzeczy się znosiło. Nie znam się na tych sprawach, ale mam takie przeczucie, że rośliny w domu pomagają przetrwać. U nas tych roślin trochę sterczy, zaczęły się od pewnego czasu nieco rozpełzać. Postanowiłam to wykorzystać dla celów oczyszczającopowietrzedekoracyjnych.

U nas od września zmiany – nowy człowiek w szkole (Hanka znaczy), u niej w pokoiku więc pewne ruchy się odbyły, zapewne rozwinę jeszcze ten wątek. Tymczasem, wracając do roślinek, wyeksportowałam do niej pod sufit (dziewczyna ma najwyższy sufit z nas wszystkich, trzeba to wykorzystać) dwie roślinki. W tym celu, wygrzebawszy rozmaite resztki włóczek, zmajstrowałam jej koszyczki na doniczki.

Jeden w warkoczem (nie mogłam się powstrzymać), drugi w paski (nie mogłam się powstrzymać) do pary z malowaną bambusową parasolką, którą dziadek przywiózł z Rangunu (?). Pamiętam jego rozważania, jak to Birma powinna być Burma. A teraz jest Mjanma.

Przy okazji dorzucę jeszcze jedną osłonkę na doniczkę, która wszakże nie jest u nas, trafiła w inne godne ręce. Zrobiłam ją z pociętych t-shirtów (podobnie jak TU). Wyszło bombastycznie (uważam).

Może damy radę z tym sezonem?

Reklamy


1 komentarz

Omszały luksus

Na dużą okazję chciałam zrobić duży prezent. Z gestem. Mógł być drogi. Stanęło na tym, że to będzie KOC. Koc NIEBYLEJAKI. Koc w całości zrobiony ręcznie z wełny merynosa.

Dotychczas rezerwowałam sobie merynosa na czapki, ponieważ była ta to jedyna ze znanych mi wełen, która nikogusieńko nie drapała, taka jest milusia, a czoła ludzie miewają wrażliwe. Inne części ciała można ubrać w mniej wyszukane włóczki. Tym razem jednak miało być na bogato, więc z merynosa zrobiłam ów koc. Milusi, mięciusi, cieplusi, żeby się spod niego nie chciało wychodzić. Miał też nie być mały – ostatecznie wyszło mi 170×170 cm, a zużyłam na niego 55 motków motków 50 g. PIEĆDZIESIĄT PIĘĆ.

zielony koc wełniany ręcznie robiony

Kolor. Rozważałam różne warianty, chciałam poszaleć, nie co dzień robię merynosowe koce, ale jakoś tak wyszło, że jest cały zielony. W pięknej leśnej zieleni. Chciałam też poszaleć za to może z fakturą, jakiś dać fikuśny ścieg, ale zrobiłam tak zwyczajnie, słupek z półsłupkiem na zmianę, co daje taki miły owsiankowo-omszały efekt.

Koc zapewne będzie rezydował na wsi w borze, wśród mchów. Ideolo.

DSC_1198

A skojarzenie owsiankowe prosto ze stworzenia Narnii. Aż zacytuję, kocham ten fragment.

„Lew chodził tu i tam po pustej, nagiej okolicy i śpiewał nową pieśń, bardziej melodyjną i rytmiczną, bardziej delikatną i falującą niż ta, którą wezwał na niebo gwiazdy i słońce. I kiedy tak chodził i śpiewał, dolina zazieleniła się trawą. Zieleń rozlewała się wokół niego, jak woda z potężnego źródła, a potem płynęła po zboczach wzgórz jak fala. (…) Z każdą chwilą młody świat stawał się cieplejszy i żywszy. Lekki wiaterek mierzwił bujną trawę. (…) Czy możecie sobie wyobrazić porośniętą gęstą trawą łąkę, gotującą się jak owsianka w garnku? Właśnie takie porównanie najlepiej oddaje to, co się działo.” (C.S.Lewis, „Siostrzeniec czarodzieja”, tłum. Andrzej Polkowski)


2 Komentarze

Życie tarasowe i głodne kawałki

Maj się wypełnił, ciężki od wiekopomnych wydarzeń, ale nie o tym. W każdym razie przy okazji tych wydarzeń przetoczyła się przez nas fala licznej rodziny i przyjaciół aaaaalleluja :). Na szczęście dopisała pogoda i potencjał tarasu mógł być wykorzystany choć nieco. A na tarasie cuda, dziwy. Lawenda kwitnie (to znaczy ta od Basi, bo pozostałe dopiero pączkują).

lawenda na tarasie

Wiciokrzew kwitnie.

wiciokrzew na tarasie

I się pnie.

wiciokrzew na tarasie

Dzwonki kwitną.

dzwonki na tarasie

Truskawki dojrzewają.

truskawki na tarasie

Będzie ich pewnie do policzenia na placach, ale co tam. Za to mamy i inne plony, moja satysfakcja, cud natury, to naprawdę działa: z nasion (!) naprawdę wyrastają rzodkiewki!

rzodkiewki z tarasu

I szpinak! Własny szpinak na obiad!.

szpinak z tarasu

Za jakiś czas przestanę się dziwować, ale to mój debiut nasienny, stąd podjarka.

To banał, banialuka, ale fakt. Kontakt z naturą nie do przecenienia. Patrzeć jak rosną, owocują, pną się, wąchać jak pachną, podlewać, wdychać…

Do tego wszystkiego słonko tak cudnie przygrzało, że pluszczymy się w baseniku.

basenik na tarasie

A żeby tak podzielić się tą radością, zaprosiliśmy spontanicznie sąsiadów do wspólnego popluszczenia.

A! A z głośników sączy nam się

Na cześć młodości!…