Pukapuka

Geo Rękodzieo


6 Komentarzy

I takie wakacje to ja szanuję!

W czasie wakacji wpadłam na chwilę do stolicy, Paulina mnie pyta: „I co wy tam robicie?”

„Nic.”

Poza tym, że gramy w Super Farmera i Blink. Czytamy Wspomnienia niebieskiego mundurka i Ronję, córkę zbójnika i (niektórzy też komiksy z Kaczorem Donaldem i Terry’ego Pratchetta). Oglądamy Domek na prerii, o’rety, prawie cały pierwszy sezon (na cały nie wystarczyło nam czasu). Poza tym, że nie chodzimy na grzyby, bo jest susza, ale prawie codziennie pływamy w jeziorze (bo jest upał). Raz w Słonym, innym razem w Głuchym, kiedy indziej w Trzciannie, jeszcze czasem w Piasecznie, poza tym w Kałębiu i w Czarnym, także w Ocyplu Wielkim. I jeszcze jednym na Kaszubach, ale nie pamiętam nazwy. Oczywiście nurkujemy przy tym a niektórzy skaczą na główkę. Inni rozcinają sobie brodę o pomost, au.

Czasem witamy gości a potem ich żegnamy. Czasem śpiewamy piosenki. Bywa, że grywamy w piłkę.

Czasem jeździmy na rowerze. A czasem robimy podchody.

Poza tym nic.

A, jeszcze chodzimy na lody.

Acha, i budujemy domek na drzewie.

I teraz to już nie wiem, od czego zacząć, bo tyle tego. Zacznę od początku.

Koło domu na wsi rośnie kilka drzew. Jednym z nich jest świerk, obcięty niegdyś w kulkę (?”:!@$%???). Onże zainspirował Maćka, który wymyślił, że ładnie tworzyłby zwieńczenie domku, który mógłby kryć się w tej jego kulkowej koronie (która już się odkulkowała, pnie się kilkoma czubkami do słońca).

Zaczęliśmy zwozić drewno i maszynerię i w maju budowa ruszyła.

Za majowym pobytem stanęły zręby konstrukcji, pojawił się też dach, ukryty, jak miało być, w koronie.

domek na drzewie

W lipcu przyjechało więcej drewna, lecz na dobre się rozbujało w sierpniu. Piły, młotki, wiertarki, wkrętarki, pędzle, farby, lakiery, papy, papiaki, miarki, wióry leciały hej!

Podłoga, potem ściany z otworami na okna. Na koniec drzwi, koniecznie z klasycznym zetem.

A na zupełny koniec – OKIENNICE. Miałam wizję, żeby pomalować je na niebiesko. Po rozpoznaniu w marketach budowlanych, będących w naszym zasięgu, wybór padł na farbę Sadolin o kolorze – jakby kto w twarz mi strzelił – TURKUS BASENOWY. Były jeszcze „mroźne poranki”, „kawałki nieba”, jakieś morskie bajery i inne marketingowe cuda, myśmy postawili na TURKUS BASENOWY. Wnioskuję o nagrodę specjalną dla bajeranta, który tę nazwę wymyślił (albo który zatwierdził).

Kolor to mało. Liczy się KSZTAŁT. Nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności upiększenia domku na modłę kociewską – fantazyjnymi ozdóbkami wokół okien. Do tego zawiasy i jesteśmy!

domek na drzewie

Tymczasem to koniec, ale przed nami jeszcze… urządzanie wnętrza. Na razie (jeszcze nieukończony) domek miał zaszczyt pełnić rolę wiejskiej biblioteki, zorganizowanej i nadzorowanej osobiście przez Hankę.

Także powiedzmy to sobie szczerze: Maciek zbudował dom. Miał wprawdzie sztab pomocników, z których nie wszyscy załapali się na zdjęcia, ale fakt faktem: Maciek zbudował dom.

W tym miejscu muszę jeszcze wspomnieć o dwóch sprawach. Pierwsza to podziękowanie dla Zacnego Prezesa Andrzeja z Walkways4u! Nie znacie? to popatrzcie – warto!

drewno na domek

Druga to wspomnienie mojej amerykańskiej wycieczki i wizyta w Home Depot w San Diego. Wujek Tomek asystował mi czujnie, gdy zasadzałam się na sprzęt Milwaukee, dopytał jeszcze obsługę, czy to na pewno najlepszy wybór. Sprzedawca nie miał wątpliwości, że właściwie nic lepszego nie znajdziemy. Sprzęcie Milwaukee, zająłeś mi 3/4 mojego bagażu, przekroczyłeś dopuszczalny limit wagi, kosztowałeś trochę wysiłku, ale… bez ciebie… byśmy sobie mogli postukać. Thank you!

Jeszcze na koniec krótka tura wokół domku.

I w środeczku.

Reklamy


2 Komentarze

By szewc bez butów nie chodził(a)

Trzaskam czapkę temu, czapkę tamtemu a tu patrzę – dziecku własnemu memu marzną rączki. Rękawiczki się posiały, więc, niewiele myśląc, trzasnęłam mu rękawiczki. Przynoszę mu rano do łóżka, żeby się ucieszył, a on co? „Nieee chciałem, zeby były na snurku!”. Masz ci los. Ale już nie protestuje, sznurek działa, sznurek praktyczny jest. Ale nie pokażę tych rękawiczek, choć ładne są, bo po dzisiejszej wyprawie po patyki wymagają prania.

Ale za to:

Bo właśnie mi też marzły paluszki. A miałam taką wełnę grubaśną z alpaki, którą sobie kupiłam na próbę i tak leżała i czekała na zmiłowanie, więc się zmiłowałam nad nią. I chyba sobie sznurek dorobię, bo praktyczny jest.

Przy okazji zareklamuję Stephanie, u której się zainspirowałam, a pisze ona milutkiego bloga, na którym, nie tak jak ja, rozkminia dokładnie wszystko co robi i dokładnie opisuje na zdjęciach. Rękawiczki robiła TU. Jeszcze do niej wrócimy na pewno.

A ja wracam do alpaki – zostało mi jej trochę, a że ostatnio zainspirowałam się zamówieniem Magdy a potem zamówieniem Kasi to ze skrzyżowania ich dwóch wyszło mi, żeby sobie z resztki tej alpaki strzelić jeszcze kominek na szyję.

I taki komplecik się zrodził.