Pukapuka

Geo Rękodzieo


Dodaj komentarz

Horror vacui

Ostatnie tygodnie przyniosły nam dynamiczny rozrost domowych galerii, a to za sprawą ramek. Mam bowiem taką swoją szufladkę, gdzie bunkruję to i owo, co chciałabym zawiesić, przeszkodą brak ramek. Radziłam z tym sobie dotychczas na różne sposoby, na przykład:

oprawieniem w starą ramę okienną (TUTAJ) a także w oszlifowaną ramę od reprodukcji ze śmietnika (TUTAJ)

oprawieniem w drewnianą ramę drzwiczek od szafki kuchennej (TUTAJ i TUTAJ)

i na różne bardziej konwencjonalne sposoby, jak kupienie gotowych ramek czy zamawianie na wymiar (to już w kategorii luksus).

Tymczasem ostatnio, jak w tym starym kawale „skąd masz mięsko” – ramki same do nas przypełzły. Część zawisła z zawartością, w innych zawartość podmieniłam.

Z zawartością ubogaciły naszą przedpokojową galeryjkę zakopiańską:

galeria zakopiańskaa także „górski kącik” w łazience:

zdjęcia w łazienceZyskał też salon. We wspomnianej szufladce czekały na ten moment plany miast, zagarnięte z dziadkowych zbiorów, z czasów, gdy przemierzał morza i oceany, zawijając do portów świata.

plany miast w ramkachA ten plan przysporzył nam nieco kłopotów – chińskiego nie znamy, ale od czegóż dedukcja, atlasy… Już wiemy, co to, ale nie powiemy :).

plan miasta w ramceMama, zobaczywszy to wszystko, mówi: „ale czy to warto eksponować?” (?!) A tata: „o, a ja mam taki stary plan Lublina”. Więc mówię, że jak tak dalej pójdzie, to zabraknie centymetrów kwadratowych na ścianach… Horror vacui (lęk przed pustką), jak mawiał pan Jan, gdy pokazywaliśmy mu, ile obrazków ma wcisnąć na jedna stronę w książce…

Reklamy


3 Komentarze

Jesień rządzi!

Wróciłam od cioci z drewnianym góralskim pudełkiem (czy może skrzyneczką), a przed odjazdem mówię: „Mam dużo miejsca w plecaku, poproszę orzechów do pełna”. Otóż u cioci jest ogródek, w ogródku orzech. Wygląda to tak: wychodzę rano do ogrodu, depczę po orzechach, więc zbieram, zbieram, w kieszeniach brakuje miejsca, więc wracam do domu po wiaderko. Wiaderko pełne, kończę (w miarę wyzbierane). Wychodzę do ogrodu po południu, depczę po orzechach, więc zbieram, zbieram… Następnego dnia rano wychodzę do ogrodu… zbieram, zbieram…, wychodzę do ogrodu po południu… Tak to jest, jak się ma starego, dużego orzecha w ogrodzie.

Wracając do drewnianej skrzyneczki – skoro miałam ją spakować do plecaka, w ramach wykorzystania jej czeluści napakowałam ją orzechami.

DSC_5381

Skoro mowa o darach jesieni – trochę chcący a trochę niechcący zaistniały one ostatnio obficie w naszej kuchni. Mianowicie wydarzyło się, wywiercone dziurą u Maćka w brzuchu, zawiśnięcie półki. Ale nie jest to pierwsza lepsza półka! Historia jest dość długa, postaram się strawnie streścić. W naszej kuchni długo była duża pusta ściana. Częściowo nad blatem a częściowo nad stołem. Można było na niej zawiesić szafki kuchenne, lecz było to rozwiązanie chyba zbyt banalne i w ogóle nie do końca o to chodziło. Siedziałam sobie nie raz i patrzyłam i patrzyłam, aż powiedziałam: zróbmy dwie półki na całą długość tej ściany. Było to rok temu? Projekt został przyjęty, ale to dopiero początek. Teraz trzeba wybrać i kupić wsporniki (lub zdecydować, czy sami nie zrobimy, znaczy Maciek), odpowiednie wkręty (wbrew pozorom to nie takie proste) i – kluczowe – życzeniem naszym było, właściwe nawet – fanaberią – iżby każda z tych półek była JEDNĄ deską na całą długość ściany, czyli 320 cm. Ha! Nie minęło czasu zbyt wiele, znaleźliśmy punkt stolarski, gdzie takie fanaberie można zrealizować. Leżą sobie deski, wystarczy płacić i brać. Lecz cóż to jest – brać! Maciek mówi – zostaw to mnie. Czekam i czekam, nic, więc kombinuję, tak przewieźć, siak przewieźć, a Maciek – zostaw to MNIE. Czekam i czekam. Żeby nie przedłużać, obiecał, że w dniu wolnym od pracy sprawę załatwimy. Pojechaliśmy, deskę wybraliśmy, Maciek wziął ją na ramię i… przyniósł pieszką, 5 kilometrów przez miasto i w górę, 4. piętro bez windy (cóż winda, nawet gdyby była, deska 3,2 m).  Już miałam wyrzuty sumienia, przecież mam obiecaną jeszcze drugą (ciekawe kiedyyyyy), ale co się okazało? Maciek był zadowolony, ponieważ miał godzinę w samotności dla siebie (podczas niesienia tej deski) i w ogóle został bohaterem. O.

Tak więc półka zawisła i natychmiast wrzuciłam na nią dzieło długo już pałętające się po kątach i czekające na swą miejscówkę – mój zeszłoroczny prezent imieninowy dla Maćka: cztery zdjęcia jego z Tadziem, oprawione w stara ramę okienną (w postaci brudnej zakupionej na allegro, oczyszczonej zalakierowanej przeze mnie), z tekturą falistą w roli passepartout:DSC_5423

Jak widać znalazły tu swoje miejsce i jabłuszka, ale mało tego – przetwory:

DSC_5422

Maciek powiedział, żebym na pokrywki zrobiła koronkowe kapturki, lecz w międzyczasie okazało się, że moja mama ma zbunkrowany cały stosik kapturków z przetworów kupnych, więc na razie one zawitały i osłodziły słoiki. A w słoikach nie tylko pomidory i leczo, lecz:

DSC_5432

… pigwóweczka. Ale Maciek się upomina – piszę, że deska, że taka długa, że bohater, a tu jakieś zbliżenia pokazuję. A zatem: widok ogólny na półkę:

DSC_5430

Jak wspomniałam – to pierwsza. Przyjdzie taki dzień, że nad nią zawiśnie i druga.

Jeszcze jedna myśl – zastanawiałam się, czy by nie machnąć koroneczki na całej długości, lecz chyba byśmy się przesłodzili. Zobaczymy. Doświadczenie pokazuje, żeby się nie spieszyć. Dobre pomysły dojrzewają powoli.


1 komentarz

Ulotne chwile chwytam jak fotka

Hallllooo, jestem. Dzisiaj wybrzmiał ostatni akord projektu pt. „Ołtarzyk Paula McCartneya”. A było to tak: podstępnym tajnym podstępem zostałam zaplątana w wyjście „z małżonkiem mym Sławomirem” na koncert Paula, który odbył się 22 czerwca na Stadionie Narodowym w Warszawie. Takie wydarzenie! Historyczne, rzekłabym. Jednakże synek nasz maleńki – naonczas 1,5-miesięczny – powodował, iż z własnej przedsiębiorczości na koncert ów wymarzony bym się nie udała. Jednak, kończąc ów przydługi i nieco zawiły wstęp, zostałam postawiona przed faktem dokonanym, otrzymując 3 dni przed koncertem zaproszenie, będące prezentem urodzinowym, i będąc poinformowaną, że nasze dzieci będą zaopiekowane. Poszliśmy. Fakt ten wiekopomny należało uwiecznić, podkreślić, zachować ku pamięci, aby ulotna ta chwila nie przeminęła. Efekt: „ołtarzyk” na ścianie naszej sypialni (jednej z ostatnich białych powierzchni w naszym domu):

DSC_5287

Części składowe:

1. Oficjalny plakat z trasy OUT THERE, nabyty przed koncertem, banalnie oprawiony w gotową ramkę.

2. PAUL – to kartka A4 zabrana z koncertu na pamiątkę, użyta do machania w trakcie piosenki Hey Jude, oprawiona w ramkę od rodziców, spad po jakimś obrazku. Pan szklarz dociął szybkę i siup.

3. W prawym dolnym rogu znów banalna ramka gotowa, w tle tkanina w paski, reszta z  użytej na wspomnianym niegdyś pufiku, a na tym tle najistotniejsze: zaproszenie na koncert oraz BILETY. Ku pamięci chwil ulotnych.

4. HEY – patrz pkt. 2, tyle, że w formacie A3. Też miałam kupić ramkę i wykosztować się że HEY, gdy tymczasem w ręce nasze wpadła stara szafka kuchenna, do śmieci, lecz widząc jej drewniane drzwiczki z szybką – szybka decyzja: skorzystamy, ocalimy, spożytkujemy. I stały tak sobie te drzwiczki jako potencjalna ramka, aż wreszcie wczoraj Maciek je oszlifował, ja dziś machnęłam lakierek raz i drugi, szybkę umyłam, materiał w paski (ostatnia zdobycz – zalegająca szwagierce tkanina leżakowa) przycięłam, do tego wszystkiego przymierzyłam plecki od rozbitej antyramy – trzeba było nieco upiłować, aby pasowały, wszystko scaliłam i już myślałam, że z powieszeniem na ścianie poczekam na męża, ale się wzięłam, poziomicę ustawiłam, dwa gwoździe przybiłam i jest HEY. Uff.

Skoro przy drzwiczkach z szybką jesteśmy – inny patent przywołam. Ciocia podarowała nam po remoncie kuchni swoje dwie stare szafki – drewniane, z szybkami tłoczonymi w jakieś kwiatki, czy coś. Szafki odstały swoje, aż któregoś dnia chwyciłam za nie, szybki usunęłam, w ich miejsce za pomocą gwoździków przytwierdziłam kawałki tkaniny i zawisły u dzieci, kryjąc w sobie gry i puzzle, które wcześniej leżały na wierzchu, kurząc się obficie.

DSC_5300


Dodaj komentarz

Co można umieścić w ramkach cz. 1

Temat rzeka. Na początku wiele pustych ścian, co dla mnie nie jest wystrojem docelowym. Piszę „dla mnie” , ponieważ słyszałam kiedyś o osobie, która miała puste ściany, gdyż stwierdziła, że nie chce wieszać na ścianach czegoś, co jej się nie podoba, a na to co jej się podoba jej nie stać. Co do pierwszej części twierdzenia – pełna zgoda i zrozumienie. Co do drugiej – de gustibus…. Być może ona nie zawiesiłaby tego, co wieszam ja :).

Na początek kuchnia. Bardzo lubię czekoladę. Kiedyś znajomy przywiózł mi w prezencie czekoladę z Nowej Zelandii, zamaszystym ruchem rozdarłam papierek, zgniotłam iiiii… chwila refleksji: jak często będę miała papierki od czekolady z Nowej Zelandii? Postanowiłam papierek OPRAWIĆ. Miałam wolną ramkę od zegara, który się zepsuł, u szklarza za 4 zł wstawiłam szybkę a za tło posłużyła próbka tkaniny (oczywiście w paski). Zawisło. (Bystre oko wypatrzy ślady gniecenia).

DSC_2516

Potem poprosiłam innego znajomego (pozdrowienia dla Witolda!), który udawał się do… Nowej Zelandii, żeby mi przywiózł dowolną czekoladę Whittaker’s. Przywiózł TRZY. Tym sposobem narodził się zalążek kolekcji.

DSC_2282

Inne pomieszczenie – cóż, toaleta też ma swoje prawa. Dostałam kiedyś od kuzynki z Ameryki T-shirt, który bardzo lubiłam, jednak czas jego się skończył w którymś momencie. Ale byłam pełna uznania dla obrazka, który się na nim znajdował i nie chciałam, aby przepadł. Wycięłam go więc ze starej koszulki z ta myślą, że kiedyś COŚ z nim zrobię. Nadeszła odpowiednia chwila, narodził się pomysł i znalazło miejsce i oto na wejściu do WC wita nas taki widok:

DSC_2518

Już niedługo zapraszam na część drugą, będzie o… warszawskich kamienicach.