Pukapuka

Geo Rękodzieo


2 Komentarze

Rośnij duży, okrąglutki

Styczeń jest u nas rodzinnie nasycony urodzinowo. (Choć dziś akurat imieniny.) Ale historia ta sięga co najmniej października, kiedy to Matik wręczył mi projekt…

zwitek papieru

Po rozwinięciu wyglądał zaś tak:

projekt myszki

Fachowo zwymiarowany. Niekiepa, jak to mówią gdzieniegdzie.

Wytłumaczył co to ma być i po co, mniej więcej zrozumiałam, chociaż nie do końca. Było coś o procy i strzelaniu, więc uznałam, że mogę w to wejść. Ale ostrzegłam, że nie będzie szybko. Zapytał nieśmiało, czy zdążę na 26 stycznia. Raczej.

szydełkowa torebka myszkaOto szydełkowa torebka myszka. Wręczona. Matik wyjął projekt (miał go udokumentowanego na swoim smartfonie), porównał. „Nawet podobne”, mówi. Tylko ten nosek. „Nie ma sprawy”, mówię, „można odpruć.” Można?! Ale jednak został. Przynajmniej dopóki ja przy tym byłam.

Okazało się, że oprócz pierwotnego przeznaczenia jest wspaniale uniwersalna. Można, niczym Kłapouchy, wkładać do niej i wyjmować.

Tu mogłabym zakończyć dzisiejszy wpis, ale skorzystam z okazji, bo mi się coś skojarzyło. Skojarzenia mają źródła w okrągłej torebce, ale rozgałęziają się na dwa niepowiązane wątki.

Wątek pierwszy. Już kiedyś realizowałam projekt na bazie dziecięcego rysunku. To było, gdy Hanka narysowała zimowy komplecik, pisałam o tym TU. I jeszcze potem było o czapkach, do których zamierzałam zrobić kominy do kompletu, o tym pisałam TU. Komin zrobiłam i autorka poprzedniego projektu wzbogaciła się o nowy komplecik, tym razem zaprojektowany przez mamę. Znaczy mnie. Oto:

Wątek drugi. Tym razem skojarzenie nawiązuje do kształtu torebki. Otóż, robiąc ją, wymyśliłam, że właśnie za ciosem pójdę i trzasnę inne okrągłe coś, co kiedyś upatrzyłam, ładne było i chciałam zrobić. A okazało się nie być taką zupełną prościzną. Łapkado garnków-pomarańczka.

szydełkowa łapka do garnka

Teraz to już naprawdę koniec. Si ju lejter aligejter.

Reklamy


1 komentarz

Haczyki i nieoczekiwane korzyści z pisania bloga

Nabierają rumieńców okolice haninego łóżka na antresoli. Zasadniczo jest to dzielna dziewczyna, górska dziewczyna, pieścić się za bardzo nie będziemy. Poszukując odpowiednich haczyków do wymyślonego przeze mnie wieszaka odpuściłam różowe kwiatuszki, aaaale wynalazłam to!DSC_5638Nie u jakiegoś skandynawskiego dizajnera, lecz u polskiego kowala.

Skutek był taki, że święty Mikołaj prócz wełnianych czapek przyniósł serduszka na desce.

A że dziewczynka, jak to dziewczynka, fidrygałków nigdy za wiele, szybko wieszak się zapełnia.DSC_6070.JPGZresztą prawda taka, że w domu W OGÓLE wieszaków nigdy za wiele i proszę sobie wyobrazić, że napisał do mnie znienacka Pan Dariusz, że posiada haczyki, o których przeczytał na blogu (o TU), że szukam bezskutecznie, a on właśnie takie ma!DSC_6064I proszę – panadariuszowe haczyki już się u nas zadomowiły.DSC_6067Wkręciliśmy pod półeczką w kuchni. I jeszcze w dwóch miejscach, i to nie koniec. Lecz o tym przy innej okazji.


Dodaj komentarz

Jedziemy nad jezioro, jezioro…

Tak śpiewaliśmy sobie w zeszłym roku, jadąc znienacka na Kaszuby, do domku w lesie. Wysiedliśmy z pociągu i na peronie Hania pyta:”I gdzie to jezioro?…”. Było, oczywiście, tylko nie tak na peronie… W każdym razie wówczas raczyliśmy się nim obficie przy słonku palącym.

domek w lesie

I w tym roku także wybraliśmy się nad jezioro, jezioro, lecz… cóż, odwiedziliśmy je RAZ i spędziliśmy miłe słoneczne pięć minut na pomoście. Ale to nic, domek w lesie jest bardzo gościnny i pod jego dachem wylansowaliśmy nowy przebój tego lata: Płyńmy w dół do Starej Maui, już czas.

LECZ dlaczegóż o tym piszę? DLATEGÓŻ, że przyjechawszy tam w zeszłym roku po raz pierwszy, zachwyciwszy się tym, co stworzyli (wnętrza i zewnętrza) Maryna z Tomkiem („kreatywność to my” – to właśnie Studio Mariba!), musiałam jednak coś wtrącić. Otóż było to coś w stylu: „w mojej obecności w takim wnętrzu nie będą wisieć maszynowe koronki”.

domek w lesie

I wtedy to zadeklarowałam, że im zrobię alternatywę. Minął prawie rok, wydawałoby się – dużo czasu, znowu jedziemy do domku w lesie i co? I wiozę wprawdzie jeden lambrekin, ale miały być dwa. Zatem oświadczyłam, że nie odjadę, póki nie skończę drugiego. Zabrzmiało złowrogo, choć gospodarze gościnni…

domek w lesie

Po drodze były przygody. Przygoda pierwsza: skończył się kordonek. Ale, hurra, zostawiłyśmy wesołą dziatwę pod opieką dzielnego taty/wujka i zrobiłyśmy sobie wychodne. Do wychodnego zaraz jeszcze wrócę, ale przy tej okazji zahaczyłyśmy o rynek w Kościerzynie, gdzie była PASMANTERIA! A w pasmanterii BYŁ kordonek!

kordonek Muza

W pasmanterii zadałam szyku, pani sprzedawczyni była zbudowana, że tak dobrze wiem, czego chcę (i miała to :)), Mańce zaś szczęka opadła, gdy zorientowała się po metce, że na jeden lambrekin poszło ok. 800 m kordonka :).

szydełkowy lambrekin

Zawiesiliśmy starym dobrym sposobem na kijku. Nie wszędzie to pasuje, ale akurat tu – bingo.

szydełkowy lambrekin

Przygoda druga była taka, że po zawieszeniu pierwszego, gotowego, wydawało by się, lambrekinu, nieco się skrzywiliśmy, że chyba jednak za krótki… Niedoróbek nie chcemy! Wyrobiłam się ze zrobieniem drugiego i przedłużeniem pierwszego, nawet nie musiałam zarywać nocki i nawet gospodarze mnie nie wygonili za zasiedzenie.

koronkowe lambrekiny w oknach

Przygoda trzecia polegała na tym, że wyczerpała mi się bateria w aparacie. Ale telefony też są i można się jakoś poratować.

koronkowy lambrekin w oknie

Teraz wrócę jeszcze do naszego wychodnego: wyrwałyśmy się do Łubiany! a konkretniej do zlokalizowanej tam fabryki porcelany. Ostrzyłam sobie zęby już od dawna na ten wypad, ale nie liczyłam, że się uda tak, mimo wszystko, szybko. I były tam! Kubeczki upatrzone przeze mnie w sieci już dawno temu, kubeczki z ziołami, sześć wzorów. Szczęście 🙂 :).

kubki Lubiana kubki Lubiana1

I wiem już, jak wygląda przetacznik! Bo miętę czy pokrzywę a nawet rumianek jednak znałam wcześniej.

Na pożegnanie motyw tytułowy dzisiejszego wpisu z zasłuchiwanych przez dziatwę bezbłędnych Bajek Grajek – tu Legenda o Sielawowym Królu.


Dodaj komentarz

Źródełko

Z moich obserwacji wynika, że meblem stosunkowo łatwo dostępnym na… śmietniku… jest krzesło. Jakoś jesienią zawitały na nasz śmietnik dwa krzesła, myślałam, żeby je przytulić, ale nie spieszyło mi się. Aż w końcu, gdy trwało to już zbyt długo, poszłam po nie. Było już tylko jedno, wyglądało tak:

krzesło ze śmietnikaZabrałam się za nie początkowo czubkami palców, ale jak zostało samo drewno to już poszło! Lakier schodził zadziwiająco łatwo, więc nawet szlifierki nie trzeba było angażować. Koncept na wykończenie dojrzewał i przedwczoraj dojrzał a wczoraj się zmaterializował.

oparcie pukapukaPoduszkę na siedzenie zrobiłam już dawno, ale kłopotów nastręczyło mi oparcie – też tapicerowane. Jakoś sobie poradziłam, choć nie jest to mistrzostwo świata. Lecz dojdziemy i do tego.

tapicerka pukapukaA krzesło po goleniu wyglądało tak:

szkielet krzesłaNiby nic takiego, a jednak porządny kawałek zdrowego, dobrze sklejonego drewna. Po dodaniu poduszki:

krzesło z tapicerką w paskiJakoś, hehe, nie miałam dylematu, czy zrobić w paski.

A tu już z oparciem:

krzesło pukapukaWczoraj cisnęłam z tym krzesłem przed przybyciem gości, tu dom trzeba szykować, tu dzieci płaczą, ale nie, ja muszę, MUUSZĘ DOKOŃCZYĆ KRZESŁO. Paulina zobaczyła i mówi: o! firmowe! Niektórzy pytali, czy te współrzędne są prawdziwe – no masz ci los. Na świecie jest tyle piękna, że po co wymyślać nieprawdziwe, hę? Pukapuka!

I jeszcze jedno – nie podarowałam sobie i na plecki rzuciłam paski, ale inne, tak mi materiału starczyło a poza tym pomyślałam, że to nawet niezłe.

krzesło z tapicerką w paskiTakim oto sposobem zaczyna nam się tworzyć śmietnikowa galeryjka nienajgorsza. Od lewej krzesło barowe ze skróconymi nóżkami, służy Hance, dalej stary Thonet, ocalony dzięki pewnemu tapicerowi, który otworzył nam oczy co warto wyrzucać a czego nie warto (już kiedyś o tym krześle pisałam, ale ostatnio zmieniłam mu tapicerkę na siedzeniu – człowiek się uczy) i dalej nasze nowe pukapukowe.

krzesła ze śmietnikaŚmietnikowe źródełko łatwo nie wysycha. Ostatnio wychodzimy od rodziców, a tu przy trzepaku… stoliczek. Na razie wylądował w piwnicy, ale już mam na jego temat kilka koncepcji. Pożyjemy, zobaczymy.


Dodaj komentarz

Na Dzień Taty łyk herbaty

Taki oto częstochowski rym przyszedł mi na myśl dziś rano, gdy zaparzyłam na śniadanie ziołową mieszankę od pana Angielczyka z podlaskich Korycin, nazwaną „Herbatka Taty”, czy jakoś tak. Ma ponoć działanie energetyzujące, a w składzie m.in. arcydzięgiel, która to nazwa bardzo mi się podoba :).

dzbanek z herbatą na drewnianej podkładceDzbanek szklany, lecz gorący i aby mi się do stołu nie przykleił, poszła pod niego nasza nowa podkładka. Taka filozofia – krążek z gałęzi orzecha (???) zdobyty przy okazji wspominanych wcześniej pni gruszy. Krążek taki uroczy, że daliśmy mu szlif, olej i proszszszsz jak służy.

drewniana podkładka pod garnekA skoro sezon truskawkowy już bliżej końca niż początku, dorzucę jeszcze nowe zdobycze nowozelandzkie = czekoladowe papierki, tradycyjnie u nas w ramkach.

czekolada w ramkach

A ramki wydobyłam ze śmietnika, gdy w porę się zorientowałam, że kuzyn piwnice opróżnia i wyrzuca!!! Wszczęłam alarm i uratowałam trzy sztuki.


Dodaj komentarz

Ślubny kobierzec

Szydełkuję już dłuugo, człowiek nabiera wprawy i ostatnio stwierdziłam, że serweta sprzed jakichś 10 lat nie spełnia moich wymagań, doszło więc do drastycznego recyklingu: sprułam ją. Spruwając, od razu wdziergiwałam w nowy splot.

recykling kordonka

Len plus koronka, tym razem w nieco większym wydaniu: bieżnikowym.

koronkowy brzeg

lniany bieżnik z koronką

Kiedyś ktoś się dziwił gdzie my mieścimy to wszystko co wyprodukujemy, odpowiedź brzmi: przecie nie wszystko u siebie! Otóż ten ci bieżnik specjalnie dla kuma doktora i wybranki jego, do czego mogę się przyznać, bo kto jak kto, ale on tutaj z pewnością nie zagląda. Tym razem wyrobiłam się przed czasem, ponieważ zdarzało nam się wręczać prezenty  poniewczasie…


2 Komentarze

Półka zawisła!

Onegdaj pisałam o półce w kuchni – trzymetrowej, na całą ścianę. To było jesienią. A w przededniu wiosny zawisła druga – i ostatnia.

dwie półki w kuchniKompozycja będzie z pewnością ewoluować, tymczasem słoiki, puszki… duużo się zmieści.

zapasy w słoikachpuszkiJeśli mowa o puszkach: uważam je za świetny patent na przechowywanie. Są trwałe, łatwe do czyszczenia i estetyczne. Przy czym dokonałam odkrycia wiekopomnego na własny użytek, że lepiej (i nierzadko – taniej) kupić puszkę pełną zamiast pustej. Oczywiście ważne to co w środku, ale jeśli dobra herbata albo smakowite ciasteczka to już w ogóle nie ma się nad czym zastanawiać.

puszkiO ile w słoikach widać zawartość (co może być zaletą) o tyle w puszkach nie, co również bywa zaletą, jeśli nie chcemy chwalić się zawartością. Dajmy na to przed dziecięcym (i własnym) łakomstwem schować smakołyki!

Półka to jeszcze nie wszystko. Tym razem Maciek nie okazał bohaterstwa przy transporcie (druga deska przyjechała samochodem), więc wykazał się inaczej. Zamontował oświetlenie, tak elegancko, że Tadzio dziś po powrocie do domu chodził i patrzył i się wściekał: ale jak wyście to zrobili, że nie ma tego kabla?!?

oświetlenie blatuoświetlenie pod półkąTym sposobem trochę bonusowo mam oświetlenie drugiego blatu, chociaż nie było takie potrzebne. W ogóle pomysł na to oświetlenie był taki, żeby wykorzystać kabel, który nam jeszcze sterczał ze ściany, a tymczasem Maciek i tak go nie użył.

W każdym razie znowu mogę powiedzieć, że kolejne pomieszczenie jest już PRAWIE urządzone.

półki w kuchniA propos PRAWIE: Maciek opowiadał swojemu tacie o zawieszaniu półki, tata pyta, czy Marysia zadowolona – tak, tak, zadowolona, ale nie mogę robić za szybko, bo ona już coś nowego wymyśla.

Owszem wymyśla, powiem nawet, że cała kolejka wymysłów czeka na realizację. Z niektórymi poradzę, ale przy niektórych bez mężczyzny ani rusz!