Pukapuka

Geo Rękodzieo


Dodaj komentarz

Gustowny dodatek

Prosta granatowa sukienka. Można ją ożywić/upiększyć/uszlachetnić/urozmaicić szykownym białym kołnierzykiem. Byle znaleźć odpowiedni. Albo odpowiednią osobę, która go zrobi!

W tym przypadku nie trzeba było szukać daleko.

Dostałam sukienkę w swe łapska i zadziałałam.

koronkowy szydełkowy kołnierzyk

Potem przyłożyłam do sukienki (z drżeniem lekkim, bo przy robocie nie przykładałam).

koronkowy kołnierzyk szydełkowy

A potem to już pozostało tylko przyłożyć do Właścicielki.

Leży jak ulał. Mąż zachwycony (deklaratywnie). Teraz to już tylko na akademie do wnuków pomykać w takim ubranku pozostało chyba, czy nie?

Reklamy


Dodaj komentarz

Królowa Jadwiga

Karnawał się kręci, gdzie te bale?

Gdy kiedyś wybierałam się na bal do auli Politechniki, w dzisiejszych czasach miejsce względnie prestiżowe, babcia Zosia prychnęła tylko: „Aula Politechniki?!”. I dodała: „Przed wojną chodziłam na Bal Latarni do Europejskiego…”

Teraz balami nazywa się przebieranki w przedszkolach. Niech i tak będzie.

W tym sezonie zaliczyliśmy już Zorra (o losie, moje dzieci dopiero przy tej okazji dowiedziały się, kto zacz i musiały rówieśnikom tłumaczyć…), Indianina (tu nie było źle), przyszła kolej na Nią. Na Królową.

Miałam pretekst, żeby zrobić coś, co upatrzyłam sobie już jakiś czas temu: koronkową koronę. Szydełko, biały kordonek, jeszcze zmierzyć obwód głowy i można robić. Po zrobieniu taka szmatka.

koronkowa korona

Aby nabrała królewskiego kształtu umoczyłam w krochmalu. Aby go zrobić, trzeba było uciec się do starej dobrej metody: poszłam do sąsiadki z kubeczkiem, żeby mi mąki odsypała. Odsypała. Potem nadmuchałam balonik (piąty – przezornie kupiłam całą paczkę i cztery już były w kłótnio-zabawie) i naciągnęłam na niego koroneczkę.

balonik w koronie

I to było pierwsze podejście. Udało się dopiero za drugim, ponieważ balonik należy nadmuchać tak, żeby jego obwód odpowiadał obwodowi głowy królewskiej. Za pierwszym razem wyszło za duże i korona się zsuwała, trzeba było namoczyć znowu i naciągnąć na nieco mniejszy balonik. Pasuje.

koronkowa korona

Miałam w odwodzie jeszcze lakier do włosów, żeby usztywnić w razie czego, ale po wyschnięciu okazało się, że krochmal wystarczył.

koronkowa korona

I miałyśmy z Hanią (bo dla niej ta cała impreza) jeszcze taki koncept, żeby doszyć cekiny na czubkach, żeby niby tak bardziej na bogato. Babcia się podjęła.

Do tego kobaltowa sukieneczka, pantofelki, DREWNIANE oczywiście berło i już Królowa mogła iść na… hm… BAL.


2 Komentarze

Drwal vs koronczarka

Takie małe zestawienie-porównanie tego, co w jednostce czasu może zrobić drwal a co koronczarka:

I teraz co? Co? Łyso? Co jest więcej? Co trudniej? Co robi wrażenie, budzi szacunek, winduje na 15. piętro drabiny społecznej? Tak tylko pytam.

Swoją drogą taka ściana drewna wygląda bajer, zawsze mi się podobały, włoskie Alpy czy coś…

A koronkowe wdzianko zrobiłam dla cioci Gieni na specjalne życzenie uroczystościowe. Ciociu, pamiętaj zmoczyć i rozprasować przed włożeniem!

A inspirację i schemat znalazłam TU. Strona jest wprawdzie po rosyjsku, schemat po japońsku, ale na szczęście symbole graficzne są międzynarodowe, więc dałam radę. Swoją drogą po kilku początkowych pruciach nabrałam respektu dla schematu, wydawało mi się, że coś z nim jest nie tak i zaczęłam sama kombinować, ale okazało się, że to ja się myliłam. A schemat – prawdziwa japońska żyleta! Tylko rękawów nie robiłam, bo starczył kubraczek.

DSC_7954

A jeśli któryś z panów nie czuje się na siłach sprostać drwalskiemu wyzwaniu na miarę maćkowej ściany drewna, niech mu mocy doda ta pieśń!


Dodaj komentarz

Idzie ta wiosna, czy nie?

Jak przyjdzie to dobrze, my w każdym razie nie będziemy czekać bezczynnie i na przykład założyłam na parapecie plantację warzywną. W tym roku debiutuje kalarepa i już o, pierwsza wyciąga łodyżkę do słonka.

kiełek kalarepy

Na kwitnienie przyjdzie poczekać dłużej, ale kwiaty ważne są dla pszczółek (a pszczółki dla nas, człowieków), sadźmy więc kwiaty, kwiaty, kwiaty! Z chwilowego braku żywych mam takie szydełkowe, ponieważ zażyczyła ich sobie ciocia Hania do swojej wyremontowanej kuchni.

Miała to być zazdrostka na trzy okna, prosta, z kwiatkami właśnie. Wybrałyśmy wzór, minęło trochę czasu (a jakże) i wzięłam się za to. I są. Dobrze się składa, akurat ciocia mnie odwiedzi i odbierze swoje zazdrostki. Żeby przed zazdrosnym okiem chroniły (albo i wzbudzały zazdrość, to już nie wiadomo).

szydełkowe zazdrostki (2)

Pytanie dla naszej Nadwornej Ogrodniczki Asi – Asiu, coż to za kwiat? Spójrz w komentarz TU, jak Witold stanął kiedyś na wysokości ptasiego zadania, i z głębin swojej wiedzy zaczerpnąwszy zaspokój naszą ciekawość. Albo zgaś, że to po prostu jakaś lipa i takie kwiatki nie istnieją (chyba że nieodkryte jeszcze w amazońskich ostępach i trzeba pytać Paszczaka…).


Dodaj komentarz

Im szybciej tym prędzej

A mianowicie pisałam niedawno, że Boże Narodzenie to niezły czas na chrzest, ale Wielki Post też niezgorszy, bowiem, skoro już dziecię przyszło na świat, to – właśnie – im szybciej tym prędzej, dawaaaj!

Tak się sprawy ułożyły, że powstał w Pukapuka zestaw o szumnej i poważnej nazwie: Podstawowy Zestaw Chrzcielny, o taki:

DSC_6343.JPGŚwieca, wiadomo, optymalnie woskowa (nie mamy własnych pszczółek, jakby kto pytał, więc to nie nasza produkcja…). Krzyż – tutaj z palisandru (solidny, twardy kawałek gęstego, rudego drewna), ale czy to w sumie ważne? I jeszcze biała szatka, jak to mam w zwyczaju robić, z imieniem i datą, żeby nasz neofita nie zapomniał jakim imieniem (!) i kiedy (!!!)  został ochrzczony. Prosto po chrzcie wsadzona w ramkę (drewnianą), żeby na ścianie sobie powiesił i patrzył. Biały bawełniany kordonek. I to nieważne, bo co ważne? Że, jak powiedział Franek, Niko jest teraz dzieckiem Króla.


3 Komentarze

Ptasio

To był maj, gdyż jak powszechnie wiadomo, imieniny Zofii przypadają 15 maja. Byłam akurat u cioci Zosi, wypadałoby coś sprezentować. Przyjechałam goło, lecz z gazetką, i mówię, że w prezencie zrobię cioci lambrekin nad okno w kuchni. Już nie wiem, czy sama wybrała wzór, ale coś mi się wydaje, że lekko jej zasugerowałam.

lambrekin z wróbelkami

Jestem ptasim leszczem, na moje oko to wróbelki, ale oto wezwę do tablicy słynnego ptasiego znawcę, autora skrzydlatego bloga WITOLDA (imionaptakow.com). Zapodaj proszę jakąś śmielszą interpretację, hm? Pokląskwa? piecuszek? piegża może?

W każdym razie to był maj, dziś zaś jest sierpień. Otóż w prezencie imieninowym był wybór i zapowiedź lambrekinu, a dziś, po kwartale niemal, jest i sam lambrekin.

lambrekin z wróbelkami

Tym razem nie na patyku, lecz na karniszu podobnym do reszty, nad kuchennym oknem zawisł.

lambrekin w kuchni

I tu bonus – dorzucę schemat ptaszków, z gazetki zakupionej dawno temu, noszącej tytuł FIRANKI, czy coś, jakoś do dziś nie mogła się doczekać realizacji żadnego spośród pięknych wzorów w niej zawartych.

schemat do ptaszków

Ostatnio miałam przyjemność wędrować brzegiem morza, niebo zachmurzone, droga prosta, piękność krajobrazu zapierająca dech w piersiach. I oto nad głową:

ptaki na drucie

Witku, czy dla Twego eksperckiego oka taki widok wystarczy, by oświecić nas co do gatunku?

Jeszcze, pozostając przy cioci Zosi, skorzystam z okazji i odgrzeję jednego kotleta. Najpierw dygresja nazewnicza: okazuje się, że przy okazji oświeciłam ostatnio parę osób (sama się uprzednio oświeciwszy), że taki ozdobny pas na górze okna to lambrekin. Bardziej już w świadomości ludu funkcjonuje zazdrostka, ale ta z kolei raczej sytuuje się w dolnej części okna. Kiedyś, a było to już ładnych parę lat temu, spodobały mi się takie kurki i koguciki, więc machnęłam. Z braku odpowiedniego okna i wnętrza, uszczęśliwiłam ciocię Zosię i tak sobie u niej wisi.

zazdrostka koguty i kury

Tu już chyba nie będę prosić eksperta o wsparcie. Nawet Jasio wiedział co to.


Dodaj komentarz

Jedziemy nad jezioro, jezioro…

Tak śpiewaliśmy sobie w zeszłym roku, jadąc znienacka na Kaszuby, do domku w lesie. Wysiedliśmy z pociągu i na peronie Hania pyta:”I gdzie to jezioro?…”. Było, oczywiście, tylko nie tak na peronie… W każdym razie wówczas raczyliśmy się nim obficie przy słonku palącym.

domek w lesie

I w tym roku także wybraliśmy się nad jezioro, jezioro, lecz… cóż, odwiedziliśmy je RAZ i spędziliśmy miłe słoneczne pięć minut na pomoście. Ale to nic, domek w lesie jest bardzo gościnny i pod jego dachem wylansowaliśmy nowy przebój tego lata: Płyńmy w dół do Starej Maui, już czas.

LECZ dlaczegóż o tym piszę? DLATEGÓŻ, że przyjechawszy tam w zeszłym roku po raz pierwszy, zachwyciwszy się tym, co stworzyli (wnętrza i zewnętrza) Maryna z Tomkiem („kreatywność to my” – to właśnie Studio Mariba!), musiałam jednak coś wtrącić. Otóż było to coś w stylu: „w mojej obecności w takim wnętrzu nie będą wisieć maszynowe koronki”.

domek w lesie

I wtedy to zadeklarowałam, że im zrobię alternatywę. Minął prawie rok, wydawałoby się – dużo czasu, znowu jedziemy do domku w lesie i co? I wiozę wprawdzie jeden lambrekin, ale miały być dwa. Zatem oświadczyłam, że nie odjadę, póki nie skończę drugiego. Zabrzmiało złowrogo, choć gospodarze gościnni…

domek w lesie

Po drodze były przygody. Przygoda pierwsza: skończył się kordonek. Ale, hurra, zostawiłyśmy wesołą dziatwę pod opieką dzielnego taty/wujka i zrobiłyśmy sobie wychodne. Do wychodnego zaraz jeszcze wrócę, ale przy tej okazji zahaczyłyśmy o rynek w Kościerzynie, gdzie była PASMANTERIA! A w pasmanterii BYŁ kordonek!

kordonek Muza

W pasmanterii zadałam szyku, pani sprzedawczyni była zbudowana, że tak dobrze wiem, czego chcę (i miała to :)), Mańce zaś szczęka opadła, gdy zorientowała się po metce, że na jeden lambrekin poszło ok. 800 m kordonka :).

szydełkowy lambrekin

Zawiesiliśmy starym dobrym sposobem na kijku. Nie wszędzie to pasuje, ale akurat tu – bingo.

szydełkowy lambrekin

Przygoda druga była taka, że po zawieszeniu pierwszego, gotowego, wydawało by się, lambrekinu, nieco się skrzywiliśmy, że chyba jednak za krótki… Niedoróbek nie chcemy! Wyrobiłam się ze zrobieniem drugiego i przedłużeniem pierwszego, nawet nie musiałam zarywać nocki i nawet gospodarze mnie nie wygonili za zasiedzenie.

koronkowe lambrekiny w oknach

Przygoda trzecia polegała na tym, że wyczerpała mi się bateria w aparacie. Ale telefony też są i można się jakoś poratować.

koronkowy lambrekin w oknie

Teraz wrócę jeszcze do naszego wychodnego: wyrwałyśmy się do Łubiany! a konkretniej do zlokalizowanej tam fabryki porcelany. Ostrzyłam sobie zęby już od dawna na ten wypad, ale nie liczyłam, że się uda tak, mimo wszystko, szybko. I były tam! Kubeczki upatrzone przeze mnie w sieci już dawno temu, kubeczki z ziołami, sześć wzorów. Szczęście 🙂 :).

kubki Lubiana kubki Lubiana1

I wiem już, jak wygląda przetacznik! Bo miętę czy pokrzywę a nawet rumianek jednak znałam wcześniej.

Na pożegnanie motyw tytułowy dzisiejszego wpisu z zasłuchiwanych przez dziatwę bezbłędnych Bajek Grajek – tu Legenda o Sielawowym Królu.