Pukapuka

Geo Rękodzieo


Dodaj komentarz

KOLORU pragnę!

Co się porobiło z pogodą to… słów mi brakuje, chciałam jakimś poetyckim tekstem zabłysnąć, może: „O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny”, ale to jeszcze NIE jesień! Na Boga!

Ale czekamy zatem na jesień, oby łaskawszą była.

A gdyby nie była: zbroimy się: w kolory i w ciepłotę. Przed Państwem część mego letniego urobku. Zapraszam. Fanfary.

Większość zrobiłam z zabójczo miękkiej, niegryzącej wełny merynosa. Ale niektóre z resztek zeszłorocznej alpaki. Też miła.

Większość robiłam sprawdzonym sposobem w rozmaite paski, ale zastosowałam i nową ukośną plecionkę. A także motyw warkocza.

Częściowo rozmiary dorosłe, ale nie zabrakło i dziecięcych.

I pierwsze podejście do opaski. Z warkoczem.

opaska szydełkowa z warkoczem

I jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa.

Niech nam jesień kolorową i ciepłą będzie.

Reklamy


2 Komentarze

Lato na wsi, firanka i… wichura

Z domu na wsi stopniowo eliminujemy poliestrowe firanki. Wygląda na to, że już na przyszłe lato zostawić muszę prezentację odmiany ganku, który na razie wygląda tak:

ganek

Tymczasem przyszła kolej na łazienkę. Na Pintereście, który jest oczywiście kopalnią, znalazłam schemat, który pasował jak złoto.schemat firanki z domkiem

Można go znaleźć, podobnie jak schematy do ptasich lambrekinów z poprzedniego wpisu, na pukapukowym profilu, o TU.

Więc już teraz, zamiast poliestrowej firanki

poliestrowa firanka

wisi szydełkowy domek.

szydełkowa firanka z domkiem

Poza tym wakacje na wsi są mniej więcej takie:

Lub takie:

Ewentualnie takie:

To tyle lansowania na dziś, bo chciałam jeszcze napisać o czymś innym.

Tydzień temu w nocy, leżąc w łóżku i wpatrując się w rozświetlone błyskami niebo modliłam się „Pod Twoją obronę”. Potem słyszałam syrenę alarmową, dwa razy. Zasnęłam. Rano pomykam sobie z wózeczkiem przez wieś, widzę wujka Stacha za płotem.

-Wujku, dlaczego w nocy wyły syreny?

-To ty nic nie wiesz?! Telewizor trzeba mieć. (Nie trzeba – myślę w duchu – wujek mi zaraz wszystko powie.)

I powiedział o tornadzie, o obozie w lesie, już tak mną trzepnęło, że nie musiałam słuchać dalej.

I teraz tak. Jeśli ktoś to czyta, to znaczy, że korzysta z internetu. Nie podam numerów kont ani namiarów na koordynatorów akcji, ani też nie napiszę reportażu z życia rodziny z małymi dziećmi ani innej samotnej staruszki, której się chałupa zawaliła na głowę. Jest tego w sieci pełno. Trzeba tylko chcieć, żeby znaleźć informację i pomóc jak kto może. Za tydzień i za miesiąc pomoc też będzie potrzebna.

zwózka drewna

Więc takie zadanie adwentowe na dziś. Wszak sierpień, w Stanach już wykupują ostatnie choinki…


2 Komentarze

Tablet – 5 powodów

To jest tak zwany fart, się go ma albo się go nie ma. Przypomina mi się historia, kiedy przed mundialem w Niemczech w 2006 roku Franek namiętnie zbierał korki po Coca Coli, również (czy może głównie) w śmietnikach, my zresztą też, ale to on zgarniał nagrody główne (chociaż i ja wylosowałam wtedy jedną piłkę). Była cała strategia, żeby o odpowiedniej porze, najlepiej koło 4 na ranem, rzucać się na wysłanie kodów, bo wtedy była największa szansa wygranej. I oto siedzę sobie któregoś dnia w biurze (tak tak, były takie czasy, gdy siedziałam sobie w biurze), dzwoni telefon a tam Franio mówi: „Maria, wygrałem wyjazd dla dwóch osób na mecz Polska-Ekwador. Janka nie ma, Stach wyjeżdża, Antek nie może, tata nie chce. Jesteś następna na liście. Decyduj szybko, bo muszę dziś podać nazwisko osoby towarzyszącej.” Więc mówię – chwilunia, skoczę do szefa, czy da wolne, bo w czerwcu akurat sezon się nakręca. Poszłam, powiedziałam jak jest, zgodził się. I tylko pamiętam tę jego zamyśloną twarz, gdy zamykając za sobą drzwi od łazienki mruczał pod nosem „tata nie chciał…”.

To tak tytułem wstępu (a, na wyjeździe było dużo Coli, niemiecki hotel czterogwiazdkowy i sromotna porażka Polaków), bo dzisiaj nie o tym.

W ostatnią sobotę był piknik rodzinny u Tadzia w szkole. A na nim między innymi loteria fantowa, każdy los wygrywa. Opaski, maskotki, piórniki, książki, nagroda główna: tablet. Losy po 2 złote. Daliśmy dzieciom  hajs na los, każdemu po jednym, potem jeszcze jedna rundka. Chociaż z wyliczeń mi wychodzi, że Tadzio kupił chyba cztery losy. W każdym razie… wygrał ten tablet.

Mówię mu: „Szczęście, co? Ale limity się nie zmieniają.” U nas bowiem obowiązuje zasada, że Tadzio owszem, może pograć na telefonie, ale połowę czasu, który spędził na czytaniu. Polecam.

I w związku z zaistniałą sytuacją naszły mnie różne refleksje. Na przykład po sieci krążył taki obrazek taty z synkiem z plecakami idący przez las i podpis w stylu: najlepsze wspomnienia nie powstają przed telewizorem (dziś można by dodać: przed tabletem). Pierwsza myśl – a, tak niezłe niezłe. Druga myśl: mam takie wspomnienie, jak siadaliśmy wszyscy przed telewizorem, oglądać Drużynę A. Dziadek stawał na progu pokoju i głośno liczył: „1, 2, 3, 4, 5, 6, 7! Cała rodzina przed telewizorem!” i to jest całkiem miłe wspomnienie. Nie absolutyzowałabym, jednak kluczem może jest to, że siadaliśmy razem, a potem ten telewizor wyłączaliśmy, to znaczy nie grał w kosmos i w nieskończoność.

A z kolei na potwierdzenie, że „najlepsze wspomnienia NIE powstają…”, wrzucam fotkę z tablicy przedszkolnej, gdzie obok portretu taty umieszczona była wypowiedź Jasia na jego temat:

rysunek z przedszkola

Wracając zaś do tabletu. Tadzio w swojej erudycji zauważył, że tablet to tak jak „table”, czyli stół, tylko dodatkowo z pierwszą literą jego imienia na końcu. I przyszła mi do głowy myśl taka, po angielsku w prawdzie, lecz tej gry słów w ojczystym swym pięknym języku ująć nie umiem:

„Let’s meet around the table, not around the tablet!”

Czasy takie, że potrzeba siły charakteru i hartu ducha, żeby nie dać się zassać.

Nic dzisiaj o szydełku? Będzie, będzie. Skoro już jest ten tablet, zrobiłam na niego pokrowiec. Z tego co było w szafie wydziergałam takie rozpalone upałem blade niebo nad kojącą tonią jeziora Słonego.

U nas w rodzinie jest taka zagadka: „jaka to skrzynia, której wiekiem jest niebo? Skrzynia nad jeziorem Słonym.” Kto ciekawy, niech poszuka.

Ktoś może zapyta o co chodzi z tym tytułem? A o nic, po prostu mówią ludzie, że takie tytuły „5 sposobów na…”,  „236 pomysłów, żeby…” dobrze się klikają. Pomyślałam, że sprawdzę!


2 Komentarze

Kocyk dzidziusiowy

Już za chwileczkę, już za momencik po tej stronie świata pojawi się Mały Kawaler. W środku ciepło, na zewnątrz zimno, i to zimniej, niż przewidzieli na tegoroczny maj najstarsi górale. Gdybym wiedziała zawczasu, to może robiłabym z wełny a nie z bawełny, ale, ALE KIEDYŚ W KOŃCU ZROBI SIĘ CIEPŁO, hm?!?

Zrobiłam mianowicie ten oto kocyk.bawełniany kocyk niemowlęcy na szydełku

Ma 75×100 cm i tak myślę, że na początek będzie w sam raz. Schemat zaczerpnęłam stąd i wygląda tak:

Spodobał mi się i wydał prosty a efektowny, lecz chwilę mi zajęło, zanim jednak się połapałam co i jak. Ale gdy już się połapałam, okazało się, że faktycznie prosty. I efektowny.

Na koniec trzeba było dać jakiś brzeg ładny. Najpierw poszło tak:

bawełniany kocyk szydełkowy

Ładnie, ale jednak pomyślałam, że się dzidziusiowi będą paluszki w tych fidrygałkach plątać i uprościłam sprawę.

100% bawełna. 100% ręczna robota.

Pani Aniu, niech się Szymon Maksymilian dobrze chowa!


2 Komentarze

NA RZU TA! Geo Rękodzieo w natarciu.

Zima poszła precz. Można było wziąć się za długo odkładane projekty. Jednym z nich była narzuta dla Tadzia. Już mu jedną kiedyś zrobiłam, ale przedobrzyłam, za szeroka i zwisała tak sobie nieestetycznie. Olśniło mnie – tę zawieziemy na wioskę, tam potrzebna i dołączy do innej pasiastej. A Tadziowi zrobię nową, lepiej dopasowaną. Chciałam też pchnąć coś w kierunku bardzo udanym sprzed roku, gdy zrobiłam dla Julii AFRYKĘ.

Wymyśliłam, że szarpnę się na narzutę z Ameryką. Nie byle jaką, bo POŁUDNIOWĄ. Lecz Tadeusz powiedział NIE. ??? Chciał z Polską, lecz mówię, stary, Polska piękny kraj, ale kształt nie ten. Ma być podłużny. Podłużny? To poproszę Madagaskar.

Dumnam, że dzieciak wie, co podłużnego można u mamy zamówić. Madagaskar.

Włóczki zebrane, ale całą sztuka w odpowiednim odwzorowaniu i przetransponowaniu mapy na życzony rozmiar z uwzględnieniem grubości włóczki…

Do dzieła. Gdy już zaczęłam to poooszłooo!

narzuta Madagaskar

A przy tej okazji wypadło mi studiować linię brzegową tej wyspy, jakoś wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, jak urozmaicone jest jej północno-zachodnie wybrzeże, Te zatoczki, półwyspy… Bo że linia wschodniego jest tak wyrównana to kojarzyłam.

I masz babo placek:

narzuta Madagaskar

Tylko że ona teraz leży na górnym piętrze piętrowego łóżka, więc jest tylko takim hołdem dla Stwórcy, nieoglądanym okiem człowieka. Niczym maszkarony na wieżach gotyckich katedr.

Ale zanim tam trafiła, można było podróżować palcem po mapie i plecami po narzucie.

chłopcy na narzucie Madagaskar


Dodaj komentarz

Królowa Jadwiga

Karnawał się kręci, gdzie te bale?

Gdy kiedyś wybierałam się na bal do auli Politechniki, w dzisiejszych czasach miejsce względnie prestiżowe, babcia Zosia prychnęła tylko: „Aula Politechniki?!”. I dodała: „Przed wojną chodziłam na Bal Latarni do Europejskiego…”

Teraz balami nazywa się przebieranki w przedszkolach. Niech i tak będzie.

W tym sezonie zaliczyliśmy już Zorra (o losie, moje dzieci dopiero przy tej okazji dowiedziały się, kto zacz i musiały rówieśnikom tłumaczyć…), Indianina (tu nie było źle), przyszła kolej na Nią. Na Królową.

Miałam pretekst, żeby zrobić coś, co upatrzyłam sobie już jakiś czas temu: koronkową koronę. Szydełko, biały kordonek, jeszcze zmierzyć obwód głowy i można robić. Po zrobieniu taka szmatka.

koronkowa korona

Aby nabrała królewskiego kształtu umoczyłam w krochmalu. Aby go zrobić, trzeba było uciec się do starej dobrej metody: poszłam do sąsiadki z kubeczkiem, żeby mi mąki odsypała. Odsypała. Potem nadmuchałam balonik (piąty – przezornie kupiłam całą paczkę i cztery już były w kłótnio-zabawie) i naciągnęłam na niego koroneczkę.

balonik w koronie

I to było pierwsze podejście. Udało się dopiero za drugim, ponieważ balonik należy nadmuchać tak, żeby jego obwód odpowiadał obwodowi głowy królewskiej. Za pierwszym razem wyszło za duże i korona się zsuwała, trzeba było namoczyć znowu i naciągnąć na nieco mniejszy balonik. Pasuje.

koronkowa korona

Miałam w odwodzie jeszcze lakier do włosów, żeby usztywnić w razie czego, ale po wyschnięciu okazało się, że krochmal wystarczył.

koronkowa korona

I miałyśmy z Hanią (bo dla niej ta cała impreza) jeszcze taki koncept, żeby doszyć cekiny na czubkach, żeby niby tak bardziej na bogato. Babcia się podjęła.

Do tego kobaltowa sukieneczka, pantofelki, DREWNIANE oczywiście berło i już Królowa mogła iść na… hm… BAL.


2 Komentarze

Nie ma lipy, jest złoto. Tablica manipulacyjna i lutownica!

Cofnijmy się nieco w czasie, w okolice adwentowe. Rzutem na taśmę postanowiliśmy pomóc świętemu Mikołajowi z prezentem heniutkowym i zainspirowana jedną fotką z sieci przystąpiłam do działania. Deska świerkowa (nie ma lipy), pirograf, rozmaitości warsztatowe, części nieużyte, odzież zużyta, lusterko z bazarku i jedziemy.

tablica manipulacyjna

Chodzi o to, żeby małe paluszki mogły gmerać, naciskać, przesuwać, wtykać, odkręcać.

Farby akrylowe dla koloru.

tablica manipulacyjna

Mieliśmy także chwyt wspinaczkowy na stanie, pokusiłam się o motyw górski – krzyż na szczycie sugeruje może jakieś Alpy Austriackie, dwóch wspinaczy w ścianie.

Gwizdek , by wezwać pomocy w załączeniu.

tablica manipulacyjna

I to był ostatni raz, kiedy odstawiliśmy taką popelinę, żeby bazgrać byle jak (nie to, że niestarannie) PUKAPUKA na drewnie.

Bo oto, prócz prezentu dla Heniutka przybył prezent i dla mnie. Lutownica. Ręka do góry kobiety, które cieszycie się z lutownicy. Ba, lutownica, ale ta końcówka!

stempel pukapuka

Teraz tylko do kontaktu włączyć i jest moc! Reklama: szukając kiedyś możliwości zrobienia takiego stempla, trafiłam na domidrewno.pl. I tam pan ładny zrobił sobie stempel i polecił firmę. I u nich święty Mikołaj zamówił stempel i też poleca: egraw.net. Warto polecać dobre kontakty! Przypieczętujmy to zatem:

stempel pukapuka