Szydełko i geografia. #WhyIMake

Dawno, dawno temu, za górami, za jeziorami, w odległej galaktyce, studiowałam geografię na Uniwersytecie Warszawskim. Jest to historia prawdziwa. Posłuchajcie.

Po pierwszym roku studenci geografii mieli taki ciekawy obyczaj, że jechali do Olecka i tam siedzieli na wzgórku i rysowali mapy. Normalnie, kartka, ołówek, teodolit, łata, wszystko było. Ja też tak robiłam! Załączam dowód fotograficzny z archiwum.

Fot. K. Kossobudzki

Po trzecim roku szło się na specjalizację. Kochałam geografię całym sercem, lecz tak ogólnie, bez wnikania. Moja towarzyszka studencka miała dość wcześnie i wyraźnie wytyczoną ścieżkę dalszą, ba, miała rychło temat i promotorkę pracy magisterskiej! (O rowach grzbietowych w Tatrach.) Tatry są wspaniałe, ale to nie był mój konik, tak jak jej. I gdy któregoś dnia na praktykach studenckich, tym razem w Pińczowie, gwarzyłam sobie o geografii, o przyszłości i o konikach z doktorem Maćkiem (którego konikiem były grunty strukturalne) i żaliłam się przy tym, że nie mam konika, ów powiedział mi: „To się pomódl: Panie Boże, daj mi konika.” I Pan Bóg dał mi szydełko.

To znaczy wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Poszłam na specjalizację do Instytutu krajów rozwijających się. Mój profesor był (nadal jest) specjalistą od wysp. I kiedy tak sobie przeglądałam atlas i zajrzałam na strony z wyspami Pacyfiku, zwrócił moją uwagę punkcik podpisany PUKAPUKA. Serce me zadrżało, gdyż uczułam słony wiatr na twarzy, niebo gwiaździste na sklepieniu i dreszcz towarzyszący żeglarzom, którzy pokonują bezmiar oceanu, by dotrzeć na nowy, nieznany ląd. I wiedziałam, że jestem w domu.

Coś jak w tej piosence.

Jednocześnie mniej więcej w tym okresie na obozie zimowym w Tatrach dziewczęta, będące pod moją opieką, szydełkowały po kątach, wszystko umiały wydziergać i robiły to gremialnie. To jest rękawiczka, którą wtedy zrobiły dla Maćka (mamy ją do dziś!), każdy palec inny. Najlepszy jest prosiaczek.

Zatem, tak trochę dla beki, ja też zaczęłam próbować. Słabo mi szło. Miałam jakieś szydełko z mojego domu rodzinnego (gdzie za mojego życia nikt nie szydełkował!!!), było stalowe, niezbyt wygodne i zwaliśmy je „grubym udem”. Tak musiało jednak być, że się nie zniechęciłam. Przeciwnie, na straganach z przeterminowanymi czasopismami na Dworcu Zachodnim zaczęłam wyszukiwać wzory ciekawych serwetek. Nasz przyjaciel Dawid nazywał te gazetki ze schematami „cmentarze świata”. (Popatrzcie na schemat i zgadnijcie, dlaczego.)

Kiedy teraz o tym myślę, to zastanawiam, się, jak to możliwe, że przez kilka lat dziergałam tylko serwetki. Serwetki i serwetki. Po co komu serwetki? Czasem to jeszcze rozumiem, ale żeby tak… stale? W każdym razie szydełkowałam przez całe seminarium magisterskie, nic nie roniąc z zajmujących debat akademickich. Już wtedy okazało się, że szydełkowanie zupełnie mi nie przeszkadza w interakcji słownej. Co więcej – jest ciche, więc nie przeszkadza też innym.

W efekcie mój promotor po egzaminie magisterskim zamiast klasycznych kwiatów otrzymał… koronkowy bieżnik, a państwo recenzenci po serwetce z różą. Żeby nie było wątpliwości: praca magisterska była o Polinezji Francuskiej, gdzie wśród setek wysp wulkanicznych i atoli jest on, atol Pukapuka.

Płynęły lata, wyszłam za mąż, urodziły się pierwsze dzieci, zamieszkaliśmy na strychu i wtedy… bumtratata. Wyszła na jaw wielka prawda życiowa. Gdy zaczęliśmy się urządzać na swoim, gdy chcieliśmy wyposażyć wnętrze okazało się, że rzeczy, które nam się podobają są bardzo drogie. A rzeczy, na które nas stać, są bardzo brzydkie lub badziewne, lub produkowane w siedemnastu milionach egzemplarzy. I że generalnie nie chcemy ich mieć u siebie. I wtedy też okazało się, że dużo umiemy zrobić sami. I jeszcze, że nie musimy mieć wszystkiego od razu. Maciek zaczął robić meble a ja szydełkować, ponieważ drewnem i szydełkiem można prawie cały dom wyposażyć. Chociaż to wymaga CZASU.

Ale warto czekać!

I gdy tak się tam mościliśmy, wpadł nasz przyjaciel, wymiatacz z branży kreatywnej (wtedy też wymiatał, ale teraz wymiata bardziej), rozejrzał się i mówi: „O, jest super! Musimy coś z tym zrobić!”. Tego dnia wykupiłam domenę „pukapuka.pl”.

Minęło znowu kilka lat i od Pukapuka w archipelagu Tuamotu doszłam do Pukapuka – GeoRękodzieo. Na szydełku można zrobić prawie wszystko, ja robię na szydełku MAPY. Bo jeśli ja ich nie zrobię, to kto?

Pierwszą mapą była poduszka z Afryką dla Julii. To była chwila olśnienia. Drugą mapą była narzuta z Madagaskarem dla najstarszego syna. A potem już poszło. Doszło już do tego, że prezydent Trump może ode mnie kupić Grenlandię, jeśli tylko zechce. W niezłej skali 1×2 m.

Mapy są piękne, wiele wysp i lądów to same w sobie gotowe projekty graficzne. Zatem gdy już zaspokajam podstawowe szydełkowe potrzeby rodziny i wszystkich, którzy się zgłoszą (czapki, firanki, dywany, koce), zabieram się za mapy. Na poduszkach, narzutach, kocykach dziecięcych, wielkich kocach. Atlas geograficzny to wielka księga inspiracji.

Napisałam to wiecie dlaczego? Bo to prawda! A po drugie dlatego, że odezwała się do mnie Jasmine z LoveCrafts lovecrafts.com. Wyłowiła mnie w odmętach Internetów (szanuję!) i zaprosiła do napisania #WhyIMake, dlaczego tworzę. LoveCrafts jest dla tych, którzy tworzą. A ja nie odmawiam takim zaproszeniom!

I jeszcze na koniec: jeśli chcecie się pośmiać, użyjcie translatora Google (jest po prawej stronie na górze bloga) i przetłumaczcie sobie ten wpis na angielski. Jasmine lub ktoś z jej współpracowników będzie to czytał w ten sposób, myślicie, że to dobry pomysł? Jasmine, pozdrawiam Cię serdecznie i dziękuję za kontakt!

Wróć na górę

%d bloggers like this: