Pierwsza komunia święta

W Wielki Czwartek rok temu Hania przyjęła po raz pierwszy komunię świętą.

Kiedy szykowaliśmy się do tego wydarzenia i mówiliśmy innym rodzicom dzieci tak zwanych „pierwszokomunijnych”, jaki mamy plan, otwierali oczy szeroko. Szczerze powiedziawszy, my też z pewną nieśmiałością podchodziliśmy do swoich słów, takie się nam wydawały radykalno-dziwne, gdy się je wypowiedziało na głos. A jednak – planowaliśmy powtórzyć plan zrealizowany z naszym synem pierworodnym trzy lata wcześniej, który w dużym uproszczeniu wyglądał tak:

-najważniejszy tego dnia jest Pan Jezus (a nie przyjmujący Go Mietek ani Wojtek czy Halinka, również nie teściowa, stryjek ani ich uczucia)

-aby tak mogło być, JEST: msza święta w uroczystym stroju, z mamą, tatą i rodzeństwem, NIE MA: imprezy ani prezentów!

NIE MA w związku z tym zawracania gitary z organizacją oraz licytacji na podarunki, NIE MA czekania na torty i quady/drony/iPady/icosiętamterazdaje.

Jest WOLNOŚĆ i RADOŚĆ.

Juhuu! Jaki ten plan jest cudowny!

Sukienka uszyta w firmie krawieckiej, nie byłabym sobą, gdybym nie wydziergała dodatków. Ale to wszystko. Po wieczornej wielkoczwartkowej mszy świętej, uściskach z dziadkami i chrzestnymi wróciliśmy do domu, spakowaliśmy się i w Wielki Piątek rano pojechaliśmy świętować Wielkanoc na wsi.

Wpis ten dedykuję wszystkim, którym pandemia pokrzyżowała bogate plany imprezowe. Całusy! Trzymajcie się dzielnie i pamiętajcie: są rzeczy ważne i mniej ważne.

Wróć na górę