Ocalone od zagłady

Zabrzmi to niezmiernie ekologicznie – tyle rzeczy już wyprodukowano, po co tyle nowych? Spokojnie, jak coś się nada i pasuje, to u nas nie zginie.
Niedawno pisałam o szezlongu, którego atutem był DREWNIANY stelaż. Ach, drewno to faktycznie wspólny mianownik ocalenia, trudno (i po co) ratować płytę wiórową!
Zatem na przykład półeczka w kuchni: kiedyś pokryta kilkoma warstwami białej farby olejnej wisiała w kuchni moich dziadków. Po przeprowadzce, w nowej kuchni nie było dla niej miejsca, trafiła do lamusa, skąd została wydobyta przez ciocię i zaproponowana nam, którzy łaknęliśmy sprzętów jak kania dżdżu. Nie nadawała się do powieszenia wprost, najpierw poszła w ruch opalarka, potem szlifierka, wreszcie lakier. W tej postaci zaistniała w naszej kuchni.
P1070619
Przy okazji – widoczny na zdjęciu czerwony kubek był moim ulubionym, lecz pewnego dnia pękł. To znaczy nie rozpękł się całkiem, ale pękł i zaczął przeciekać, nie mógł więc już pełnić swej pierwotnej funkcji. Ale cierpliwe i żmudne (aby nie pękł całkiem) wiercenie dziurki w porcelanowym dnie uczyniło z niego doniczkę i dzięki temu działa nadal. A słoiki z kaszą są po 30-letnich wekach wyjętych z piwnicy.
Inna historia jest z pewnym krzesłem, które przez długi czas było jedynym w naszym domu (do dziś jest jednym z niewielu). Kiedyś zaprosiliśmy tapicera, żeby obejrzał i wycenił odnowienie wujkowych mebli. Całkiem przypadkowo i przy okazji zapytaliśmy go, co sądzi o krześle, co do którego właściwie byliśmy przekonani, że je wyrzucamy. Stare, koślawe, ze złamaną śrubą, wyglądało słabo i używało się fatalnie. Powiedział nam wtedy: „Tak, wyrzućcie, tylko mi powiedzcie na który śmietnik”. O! zapaliła się nam lampka kontrolna, trzeba temat przestudiować. Po bliższych oględzinach (zajrzeniu pod spód krzesła) znaleźliśmy nalepkę fabryki Thonet.
DSC_2656
Spojrzeliśmy na krzesło łaskawszym okiem, oszlifowaliśmy z paskudnego lakieru, wymieniliśmy złamaną śrubę i obicie siedziska i działa! Bardzo je lubimy. Gdyby nie pan tapicer… Nie muszę chyba dodawać, że krzesło jest drewniane.
DSC_2652
Mamy jeszcze jedną ocaloną półeczkę: walała się u cioci w ogródku, wprawdzie pod wiatą z narzędziami, nie uchroniło jej to jednak od negatywnego wpływu czynników atmosferycznych, że tak powiem. Poza czterema prostymi elementami drewnianymi w jej skład wchodziły jeszcze metalowe haczyki, urocze, spiralne, o jakie dziś trudno (szukam bezskutecznie).
DSC_2630
O ile z drewnem sprawa poszła sprawnie (suszenie, szlifowanie, klejenie, lakierowanie), ocalenie haczyków wymagało nieco samozaparcia. Pomogła dopiero konsultacja w sklepie chemicznym (gdzie w przeciwieństwie do marketów budowlanych miałam się z kim skonsultować) – odrdzewiacz plus szybkie zalakierowanie zadziałało. Półeczka zawisła w przedpokoju.
DSC_2632
U tej samej cioci stały dwa foteliki z lat 60., stara tapicerka niczym próchno, elementy drewniane w porządku, tyle że pomalowane na kolor pistacjowy… Rozkręciliśmy, farbę zdarliśmy, z tapicerką na ratunek przybył stryjek i oto są.
DSC_2640
Poduszka na fotelu ma powłoczkę ze sznurka jutowego (niebieskie kokardki bawełniane – „sznurek odzieżowy”). Niektórzy zarzucają jej, że mało przytulna, z czym nie polemizuję. Ale pod plecy się nadaje.

Back to Top