Nie straszny nam mróz, jest sweter!

Hej, warkocze! Ciekawe, kiedy mi się znudzą. Zanim jeszcze umiałam je zrobić zapytała mnie Aneta (to było po wpisie o skarpetach, gdzie cytowałam moją pogawędkę z tramwaju, kiedy się chwaliłam, że na szydełku robię WSZYSTKO), czy bym jej nie zrobiła szarego golfa w warkocze. Nie przyznawszy się, że w życiu nie miałam okazji, weszłam w to jak w masło. Z kamienną twarzą wysłałam Anecie propozycję swetra do akceptu. Spodobał się. Ocho, zaczyna się zabawa. Ale na dobre się zaczęła, gdy zorientowałam się, że ten schemat z propozycji był na druty, a jak powszechnie wiadomo, ja na drutach nie robię. Zaczęłam szukać dalej. Przekopałam internet i okazało się, że schematów na szydełkowy golf z warkoczami NIE MA. Jak pragnę zdrowia, nie ma.
warkocze na szydełku
Ale jak tu odmówić takiemu pięknemu zleceniu? Jak żyć?
Zrobię, nie ma bata. SAMA WYMYŚLĘ. WYMYŚLIŁAM.


Miał być szary, wełniany, w warkocze, z wywiniętym golfem. Niezbyt obcisły.

Jeszcześmy przy robocie ustaliły, że na rękawie też będzie warkocz. A co.
wełniany sweter w warkocze
Przy przymiarce okazało się, że rękawy trochę za szerokie, ale zwęzić można. Zwęziłam. I co? I to, że zamówiłam trochę na pałę 20 motków wełny, nie wiedząc, czy to odpowiednia ilość. Okazuje się, że pewna doza doświadczenia w robocie z domieszką farta spowodowała, że po robocie, po zszyciu wszystkich elementów, skończeniu golfa zostało mi… 20 cm wełny. Achh. To uczucie satysfakcji. Bezcenne. Znowu pławiłam się w samozadowoleniu. Ale co ja. Ważne, żeby teraz Aneta pławiła się w swoim swetrze. 75% wełna owcza, 25% alpaka. I już.

 

Back to Top