Jesień rządzi!

Wróciłam od cioci z drewnianym góralskim pudełkiem (czy może skrzyneczką), a przed odjazdem mówię: „Mam dużo miejsca w plecaku, poproszę orzechów do pełna”. Otóż u cioci jest ogródek, w ogródku orzech. Wygląda to tak: wychodzę rano do ogrodu, depczę po orzechach, więc zbieram, zbieram, w kieszeniach brakuje miejsca, więc wracam do domu po wiaderko. Wiaderko pełne, kończę (w miarę wyzbierane). Wychodzę do ogrodu po południu, depczę po orzechach, więc zbieram, zbieram… Następnego dnia rano wychodzę do ogrodu… zbieram, zbieram…, wychodzę do ogrodu po południu… Tak to jest, jak się ma starego, dużego orzecha w ogrodzie.
Wracając do drewnianej skrzyneczki – skoro miałam ją spakować do plecaka, w ramach wykorzystania jej czeluści napakowałam ją orzechami.
DSC_5381
Skoro mowa o darach jesieni – trochę chcący a trochę niechcący zaistniały one ostatnio obficie w naszej kuchni. Mianowicie wydarzyło się, wywiercone dziurą u Maćka w brzuchu, zawiśnięcie półki. Ale nie jest to pierwsza lepsza półka! Historia jest dość długa, postaram się strawnie streścić. W naszej kuchni długo była duża pusta ściana. Częściowo nad blatem a częściowo nad stołem. Można było na niej zawiesić szafki kuchenne, lecz było to rozwiązanie chyba zbyt banalne i w ogóle nie do końca o to chodziło. Siedziałam sobie nie raz i patrzyłam i patrzyłam, aż powiedziałam: zróbmy dwie półki na całą długość tej ściany. Było to rok temu? Projekt został przyjęty, ale to dopiero początek. Teraz trzeba wybrać i kupić wsporniki (lub zdecydować, czy sami nie zrobimy, znaczy Maciek), odpowiednie wkręty (wbrew pozorom to nie takie proste) i – kluczowe – życzeniem naszym było, właściwe nawet – fanaberią – iżby każda z tych półek była JEDNĄ deską na całą długość ściany, czyli 320 cm. Ha! Nie minęło czasu zbyt wiele, znaleźliśmy punkt stolarski, gdzie takie fanaberie można zrealizować. Leżą sobie deski, wystarczy płacić i brać. Lecz cóż to jest – brać! Maciek mówi – zostaw to mnie. Czekam i czekam, nic, więc kombinuję, tak przewieźć, siak przewieźć, a Maciek – zostaw to MNIE. Czekam i czekam. Żeby nie przedłużać, obiecał, że w dniu wolnym od pracy sprawę załatwimy. Pojechaliśmy, deskę wybraliśmy, Maciek wziął ją na ramię i… przyniósł pieszką, 5 kilometrów przez miasto i w górę, 4. piętro bez windy (cóż winda, nawet gdyby była, deska 3,2 m).  Już miałam wyrzuty sumienia, przecież mam obiecaną jeszcze drugą (ciekawe kiedyyyyy), ale co się okazało? Maciek był zadowolony, ponieważ miał godzinę w samotności dla siebie (podczas niesienia tej deski) i w ogóle został bohaterem. O.
Tak więc półka zawisła i natychmiast wrzuciłam na nią dzieło długo już pałętające się po kątach i czekające na swą miejscówkę – mój zeszłoroczny prezent imieninowy dla Maćka: cztery zdjęcia jego z Tadziem, oprawione w stara ramę okienną (w postaci brudnej zakupionej na allegro, oczyszczonej zalakierowanej przeze mnie), z tekturą falistą w roli passepartout:DSC_5423
Jak widać znalazły tu swoje miejsce i jabłuszka, ale mało tego – przetwory:
DSC_5422
Maciek powiedział, żebym na pokrywki zrobiła koronkowe kapturki, lecz w międzyczasie okazało się, że moja mama ma zbunkrowany cały stosik kapturków z przetworów kupnych, więc na razie one zawitały i osłodziły słoiki. A w słoikach nie tylko pomidory i leczo, lecz:
DSC_5432
… pigwóweczka. Ale Maciek się upomina – piszę, że deska, że taka długa, że bohater, a tu jakieś zbliżenia pokazuję. A zatem: widok ogólny na półkę:
DSC_5430
Jak wspomniałam – to pierwsza. Przyjdzie taki dzień, że nad nią zawiśnie i druga.
Jeszcze jedna myśl – zastanawiałam się, czy by nie machnąć koroneczki na całej długości, lecz chyba byśmy się przesłodzili. Zobaczymy. Doświadczenie pokazuje, żeby się nie spieszyć. Dobre pomysły dojrzewają powoli.

Back to Top