Bawełniana epopeja z lodowcem w tle

Pomysł islandzki narodził się na fali Euro2016 i wyjazdu Piotrka na tę wyspę. Chciałam zrobić polsko-islandzką czapkę piłkę, miałam wszystkie potrzebne składniki, prócz białej bawełny. Zazwyczaj włóczki kupuję przez internet, ale potrzebny był mi jeden motek, więc pomyślałam, że po prostu skoczę do pasmanterii i kupię.
Byłam wtedy w Gdańsku. Zanim nastąpi ciąg dalszy chciałam tylko powiedzieć, że bardzo kocham Gdańsk.
Pierwszą pasmanterię przeniesiono. Poszłam w nowe miejsce, ale białej bawełny akurat nie było.
W drugiej pasmanterii była bawełna z wiskozą, która błyszczy. Nie.
Trzecia pasmanteria zlikwidowana.
W czwartej urlop do końca miesiąca.
W piątej bym kupiła, ale nie dotarłam…
Na czapce położyłam już kreskę, gdy pewnego dnia na wiosce ciocia Gienia pyta, czy kupić mi coś w Starogardzie, bo jadą. Poza drewnianymi łyżkami i sitkiem do zlewu pewnie nic bym nie chciała, gdyby nie sąsiadka, która spytała przez płot, czy będą w pasmanterii, bo potrzebuje gumę.

PASMANTERII?
-Ciociu, to ja poproszę o białą bawełnę, jeden motek!
Bawełny wprawdzie… nie było, ale bawełna z anilaną. Ujdzie. Jest czapka.


Powiem więcej: jest czapka na Islandii. W tle lodowiec Snæfellsjökull.
IMG_1457
I chciałoby się zaśpiewać:
„Islandio dzika i wolna ziemio ma
widzę ciebie od wielu długich lat.
Pośród czarnych skał przejdą noce, miną dni
Aż wystarczy nam już krwi.”
gdyby nie to, że w piosence chodziło o Grenlandię…

Back to Top